VNM nigdy nie zaliczał się do grupy raperów, których poczynania obserwowałam z zainteresowaniem. Nie zaliczał się do nich do momentu ukazania się albumu pt. ProPejn. Nie jest to jednak jednoznaczne z tym, że artysta nagle stał się jednym z moich ulubionych twórców, bo to nieprawda i jak nie umiałam, tak nadal nie potrafię się do niego przekonać. Nie umiem przy tym podać innej przyczyny tego stanu rzeczy poza tą, że odbieram go jako bardzo nonszalanckiego typa. Doceniam natomiast jego umiejętności i domyślam się, że to właśnie świadomość ich posiadania sprawia, że VNM idzie naprzód, nie przejmując się tym, co pomyślą czy powiedzą inni na jego temat. I, w sumie, bardzo słusznie.

Raper prezentuje na ProPejnie swoje imponujące flow, potwierdzając, że jest jednym z najlepszych w Polsce. Ten człowiek robi ze swoim głosem, co tylko zechce, jego wymowa jest nienaganna, wersy serwuje w taki sposób, że słucha się go z przyjemnością. Co więcej, najnowszy album VNM-a jest zróżnicowany tematycznie i – w związku z tym – nastrojowo, co sprawia, że jest bardzo ciekawy, choć nieco przegadany w kwestii pieniędzy, wszak hajs, pęga czy flota pojawiają się nader często. Zamiast jednak skupiać się na tym do przesady poruszanym temacie, lepiej zwrócić uwagę na utwory takie jak Zapiekanki, Obiecaj mi czy Blizna, czyli dosyć osobiste wyznania rapera. Szczerością ujmuje przede wszystkim Blizna – kawałek, w którym V przybliża słuchaczom jedną z bardziej, jak mniemam, wstydliwych kwestii swojego życia.

Nie potrafię wskazać słabego kawałka na tej płycie. Uważam, że wszystkie trzymają wysoki poziom (nawet jeśli razi mnie w nich ciągłe nawijanie o kasie). Spora w tym zasługa producenta płyty – za muzykę odpowiedzialny jest SoDrumatic, który sprawił, że VNM zarapował na ProPejnie na jednych z lepszych podkładów, jakie dotychczas słyszałam. Co więcej, teksty i muzyka tworzą tak rewelacyjne kompozycje, że trudno powiedzieć, czy to zwrotki tak świetnie uzupełniają bity, czy to bity zostały tak dobrze zagospodarowane, a dowodem na to niech będą takie numery jak ProPejn, Obiecaj mi czy Zawada.

Jest na tym krążku jedna tylko rzecz, która mnie uwiera i której zignorować nie potrafię. Śpiewane fragmenty. Choć śpiewać każdy może, nie każdy powinien to robić i, według mnie, śpiewać nie powinien VNM, bo zwyczajnie tego nie potrafi. Jest to zresztą kwestia, z powodu której do dziś nie umiem przekonać się do E:DKT i bardzo rzadko zdejmuję poprzedni album rapera z półki. Wyśpiewywane przez VNM-a wyrazy odbieram bowiem jak zakłócenia w nagraniu, coś sztucznego, zupełnie niepasującego. Drażnią mnie, po prostu. I nie rzecz w tym, że uważam, iż śpiew to pedaliada. Nie uważam tak, a Mam Na Imię Aleksander nie musi mi dokładać swojego wypierda-la-laj. Olek jest zresztą bardzo dobrym przykładem tego, jak łączyć podśpiewywane frazy z rapowaniem i nie męczyć tym słuchacza. Z tym że Olkowi śpiewanie wychodzi całkiem znośnie, a VNM-owi nie wychodzi w ogóle.

Nie o Olku jednak jest powyższy tekst. Zastanawiacie się pewnie, jak zakończę tę recenzję?

ProFejm. To najlepsza polska rapowa płyta 2013 roku.

Nie ma więcej wpisów