Nie ukrywam, że moje serce zabiło autentycznie mocniej, gdy okazało się, że pośród wielu naprawdę znakomitych artystów ogłoszonych na sezon zimowo-wiosenny przez klub Prozak 2.0, znalazł się też Recondite. Choć jego nazwisko sympatykom elektroniki nie jest obce, bo muzycznie aktywny jest od przeszło ośmiu lat, to jednak za sprawą wydanego w 2013 roku albumu Hinterland, zdążył namieszać na nowo w świecie techno.

Hinterland to bowiem prawdziwy majstersztyk, który wymyka się jednoznacznej ocenie i kategoryzacji, w całości szalenie oryginalny i nowatorski, jednocześnie atmosferyczny i trochę mroczny. Nie można odmówić płycie ani głębi, ani uroku, ani nastrojowości, a kojące ciepłe dźwięki z niej pochodzące chciałoby się zatrzymać przy sobie jak najdłużej. Od razu rzuca się w uszy wyraźne zafascynowanie artysty przyrodą – Recondite podczas tworzenia albumu inspirował się bowiem urokliwymi krajobrazami Dolnej Bawarii – miejsca, z którego pochodzi.

Zagadką było więc przeniesienie ów wdzięcznych, melodyjnych pejzaży na klubowy, taneczny set. Tak jak pewnie większość uczestników wydarzenia, zastanawiałam się uporczywie, jak Lorenz Brunner zamieni delikatną muzykę raczej do zadumy niż do tańca tak, by nie zawiodła ona oczekiwań głodnych zabawy klubowiczów i spełniła wymogi parkietu. Nie żebym miała coś przeciwko – naprawdę chętnie wysłuchałabym na siedząco lub stojąco seta utrzymanego w konwencji krainy spokojności i wyobrażania sobie gór, lasów czy rzek, ale okazało się, że Recondite ma dla krakowiaków całkiem inny plan.

Koncert Recondite był wybuchającą ciągle petardą o coraz większym natężeniu, opartą o surowe dźwięki industrialnego techno, mocne bity i lekko połamane tekstury. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom, że ten skromny i opanowany koleś w okularach i czarnej czapce w rzeczywistości jest zamaskowanym muzycznym bandytą, który strzela celnie, poprawnie odczytuje sugestie widowni i doskonale nad nią panuje. Przy lekko podłamanych podkładach muzycznych nie dało się stać w miejscu. Jednym słowem, całość wypadła niepowtarzalnie i zaskakująco – set Recondite podobał mi się bez wyjątków, a jedynym minusem, który dało się wyraźnie zauważyć, był czas trwania. Niestety Brunner, jak widać, nie jest (jeszcze) dostosowany do prozakowych standardów, gdzie sety zazwyczaj trwają pięć, siedem, a nawet dziewięć godzin – tu po godzinie z kawałkiem zabawa się zakończyła, a miejsce głównej gwiazdy zajęła kolejna DJ-ka – Sylwia.

Być może wpływ na długość występu miało przeziębienie, o którym wspominał Niemiec na swoim Facebooku, informując, że przyjeżdża do Polski. Nie przeszkadzało mu to jednak w przywiezieniu z naszego kraju dużo dobrych wspomnień i uczuć – podobnie jak my po jego występie naładowani jesteśmy pozytywną energią. Oby do zobaczenia z Recondite wkrótce na którymś z festiwali!

Nie ma więcej wpisów