Dla tego wieczoru warto było poświęcić wiele. Muzycy Balthazara dali się pokochać dzięki świetnemu występowi przed grupą Editors w październiku ubiegłego roku. Pamiętam, że jakoś się szczególnie nie nastawiałam na support, ale poszłam i wyszłam absolutnie oczarowana. Z tego powodu, kiedy tylko padło hasło – Balthazar wraca do Polski – wiedziałam, że co jak co, ale ich koncertu nie przepuszczę.

Przed gwiazdami wieczoru na scenie pojawiła się formacja pochodząca ze Sztokholmu – Soldier’s Heart. Tak jak nie przepadam za damskimi głosami, tak tutaj nie wyobrażam sobie, żeby go nagle miało zabraknąć. Wokal Sylvie idealnie pasuje do całej warstwy instrumentalnej, ale jej charyzma przebija wszystko. Mimo, że panowie ładnie szaleją na scenie podczas grania to właśnie od Sylvie trudno oderwać wzrok. Jej ruchy, jej mimika i jej głos tworzą razem niesamowity spektakl. Zespół jest bardzo młodziutki, ale drzemie w nich ogromny potencjał. Był to zdecydowanie jeden z przyjemniejszych zarówno dla ucha, jak i dla oka supportów. Szczerze mówiąc ich wersje studyjne nawet w najmniejszym procencie nie oddają tego, jak dobrze Soldier’s Heart wypadają na koncertach.

Balthazar pojawił się na scenie chwilę po dwudziestej i w Meskalinie od razu zawrzało. Podczas supportu ludzie gdzieniegdzie nieśmiało kiwali się w rytm muzyki, przy Balthazarze onieśmielenie zniknęło. Od pierwszego dźwięku było wiadomo, że to będzie dobry koncert. Zabrzmiały utwory z obu płyt Belgów oraz kilka nowych kawałków z ostatnio wydanym singlem Leipzig na czele, który na żywo brzmi chyba jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Największe pobudzenie wśród publiki wywołały jednak największe hity grupy – Fifteen Floors oraz wykonany w finale koncertu Blood Like Wine. Nie było słabego momentu koncertu i na pierwszy rzut oka było widać, że muzycy bawili się równie dobrze jak publika, jeżeli nie lepiej.

To co najbardziej urzeka w tej grupie to to, że każdy z nich wkłada na koncercie w tą muzykę całego siebie, nie ma grania na pół gwizdka, zawsze, ale to zawsze jest pełne zaangażowanie i radość. Jedyna kobieta w zespole – Patricia – mimo że stoi z boku, to i tak co jakiś czas skupia na sobie uwagę za sprawą cudnych melodii wygrywanych na skrzypcach, jednak niezaprzeczalnie pierwsze skrzypce w tym zespole grają Maarten i Jinte. Obaj panowie skupiają na siebie uwagę – w dużej mierze jest to uwaga płci pięknej – jednak największe wrażenie robią ich wokale. W ogóle ten zespół jest szczególny, bo właśnie ich moc to idealnie zharmonizowane ze sobą wokale, które mam wrażenie, że są w stanie rozkruszyć najtwardsze skały.

Wracając do konkretów – to był pierwszy samodzielny koncert Belgów w naszym kraju, ale już zapowiedzieli, że z pewnością wrócą. Od siebie mogę jedynie dodać, że jeżeli wrócą, będę pierwszą osobą, która kupi na nich bilet, bo dla takich wieczorów warto poświęcić naprawdę wiele. Kto przegapił koncert Balthazara niech żałuje – wątpię, że znajdzie się osoba, która wyszła z Meskaliny niezadowolona – długa kolejna przy stanowisku z płytami i gadżetami zespołu po koncercie i jeszcze dłuższe kolejki do samych muzyków potwierdzają to, że poznaniacy byli zadowoleni. Ja jestem oczarowana i czekam na ich powrót.

Nie ma więcej wpisów