Einmusika Recordings zdaje się mieć szczęście do swoich podopiecznych, którym coraz baczniej przygląda się publika. Dobrą passę podtrzymuje także Pysh, który po latach wydawania niezliczonej ilości EP-ek i tworzeniem remiksów, zajął się zaprojektowaniem czegoś, co nie będzie uzależnione od innych. Dowodem tego okazuje się być nieskrępowane stylistycznymi podziałami Flying Circus, album, który zapewne przewinie się przez recenzenckie notowania zjawisk ważnych, choć niekoniecznie zaistnieje jako masowy album umieszczany w top 10.

Chociaż, składające się na część albumu, sześciominutowe wynurzenia mogą wydawać się w pierwszym odsłuchu zbyt podobne, w swojej długości nie osiągające punktu kulminacyjnego, szybko da się w nich znaleźć odpowiednie znaczniki różnorodności. Syntezatorowa werwa podsycana wariackimi klawiszami zaprasza na parkiet za sprawą kompozycji Clint Westwood. Podobne, tyle że funkowe konotacje przejawia Little Big Planet napędzane bardziej etnicznymi motywami. Swoją rolę dobrze spełniają chóry i wokalizy, których jedną z ciekawszych form przyjmuje Gaya kończąca cały set.

Podobne dźwiękowe i jakościowe zaskoczenie zaserwował w zeszłym roku DjRum, zaskakująco celnie oddający surowość Londynu, który jest kolebką garażowego, futurystycznego spojrzenia na elektronikę. House czy techno w wydaniu Pysha nie jest spójnym, umiejscowionym w czasie i przestrzeni konceptem, z którym w jakiś sposób można się utożsamiać. Ale to nie znaczy, że parkietowe standardy tego albumu nie są pracą solidną, ciekawie złożoną, dobrze znaną a jednocześnie dalej pociągającą.

Przeplatanie kolejnych wzorów i progresywne wzbogacanie ścieżek o dźwięki nieco odrębne, nie polegające tylko na zmianie tempa, powoduje zatracenie zachowawczości. Gęsta linia basu Westwooda… czy transowego This Is Madness zostawia w zachwycie nad tech-houseowym klimatem. Dodatkowo wokalna agresja Saint Greed stawia Pysha w zupełnie odmiennym, mroczniejszym niż mogłoby się zdawać miejscu.

I choć aranżacyjne struktury nie są tak gęste by można było mówić o zatopieniu się w ich mroku, a same kompozycje dalekie są od powolnie sączącego się, naszpikowanego efemerycznymi wokalizami i duchotą downtempo, to przez Flying Circus przemawia pociągająca ciemna strona mocy. Bo choć to cyrk, to niektórzy przecież boją się klaunów.

Nie ma więcej wpisów