Pierwszy raz usłyszałam The Jezabels kilka lat temu, jeszcze przed wydaniem ich debiutanckiej płyty Prisoner. Zachwyciło mnie wówczas potężne brzmienie i ogromny ładunek emocjonalny, jaki niósł ze sobą jeden z ich najlepszych, moim zdaniem, utworów, czyli Hurt Me. Zmieniająca się dynamika wyznaczana przez mocne perkusyjne uderzenia, charakterystyczny wokal, a także tematyka wcześniejszego materiału okazały się tym, co pozwoliło australijskiej grupie The Jezabels na szybkie osiągnięcie sukcesu.

W dwa lata po wydaniu pierwszego albumu zespół powraca z kolejnym krążkiem, zatytułowanym The Brink, który, w moim odczuciu, nie dorównuje swojemu poprzednikowi. Założeniem Australijczyków było, aby kolejna płyta była bardziej dopracowana, miała bardziej komercyjny charakter i to udało im się osiągnąć. Duża w tym zresztą zasługa znanego ze współpracy z Radiohead, The Kooks czy Laną Del Rey producenta Dana Grech-Marguerata, który czuwał nad powstaniem płyty. The Brink brakuje jednak tej zadziorności i szorstkiego, garażowego brzmienia, którym przesiąknięte były poprzednie nagrania grupy.

Wraz z nowym albumem brzmienie The Jezabels stało się tym samym bardziej popowe, lżejsze. Mocne gitarowe riffy, wyraźna perkusja ustąpiły miejsca dużo bardziej słyszalnym tym razem partiom syntezatorów, przez co całość przywodzi na myśl wczesne lata dziewięćdziesiąte i muzykę takich zespołów jak na przykład Roxette.

Tę metamorfozę najwyraźniej słychać w drugim singlu promującym krążek – Look of Love. Melodyjna kompozycja, w której znalazło się miejsce również dla partii instrumentów smyczkowych, zyskała taneczny charakter. Śmiało mogłaby zatem konkurować z wieloma hitami, które królują na parkietach. Popowego zacięcia nie można również odmówić takim kawałkom jak Time to Dance, Beat to Beat, Angels of Fire oraz All You Need. Rockowy pazur przypadł w udziale otwierającemu album The Brink, pierwszemu singlowi – The End, a także No Country.

Tym co pozostało niezmienne, jest warstwa tekstowa. Hayley Mary po raz kolejny dała upust swojemu talentowi i pokusiła się o niezwykle emocjonalne treści, które jawią się momentami jako mocno depresyjne i przepełnione są melancholią, jak w przypadku Beat to Beat, w którym pada wręcz filozoficzne: what’s the point in life? Teksty niosą jednak ze sobą również pozytywne przesłanie i mają dawać nadzieję. O tym jest między innymi utwór All You Need zawierający frazę: I pick you up when you’re feeling down czy też numer In the End, w którym usłyszymy słowa: it’s lucky for me that I don’t mind being patient / growing a flower from the ground.

Nie powiem, żeby była to zła płyta, bo tak nie jest. Pod względem produkcyjnym nie można jej niczego zarzucić. Słucha się jej z przyjemnością, aczkolwiek nie jest to pozycja, którą można by zapętlać bez końca. Zbyt wygładzone brzmienie powoduje bowiem, że momentami odczuwa się znudzenie. Utwory są bardzo zbliżone klimatem i tylko mniej liczne zrywy powodują, że uwaga słuchacza może zostać na nowo wzbudzona. Na pewno jednak ten album będzie chętniej puszczany przez stacje radiowe, co pozwoli The Jezabels trafić do jeszcze szerszego grona odbiorców, czego im życzę.

Nie ma więcej wpisów