Piąta studyjna płyta brytyjskiego folk-rockowca, zatytułowana Tape Deck Heart, to album przepełniony tekstami o bólu, rozstaniu, stracie. Frank Turner opowiada o utraconej miłości czy trudnych relacjach międzyludzkich, wraca do przeszłości, rozpamiętuje i wydaje się, jakby świadomie rozgrzebywał wszystko to, co bolesne i co wciąż ciąży. I czy są to tylko obserwacje dotyczące ludzkich ułomności i słabości tak w ogóle, czy też prywatna próba rozliczenia się z pewnymi rzeczami przez tego brytyjskiego singer-songwritera, uderzające jest w tym wszystkim to, jak dosadne i pełne szczerości są te opowieści oraz to, ile emocji wkłada w nie wokalista.

Frank Turner opowiada tak, że nie sposób go nie słuchać w pełnym skupieniu. Trudno zignorować jakąkolwiek pozycję tracklisty, kiedy już zostanie się wciągniętym w historie tworzące ten album. Tym bardziej, że muzycznie ta płyta kryje w sobie sporo zaskakujących momentów – budowanie napięcia, nagłe zmiany tempa, kontrastowe zestawienia tekstów z brzmieniem. Już otwierający płytę utwór, pt. Recovery, jest nietypowym połączeniem energicznie brzmiących gitar i pianina, będących tłem dla tekstu, który bardzo trudno opisać jako pozytywny. Takiej nieoczywistości znajdzie się na krążku więcej, gdyż niektórym ponurym historiom towarzyszy dosyć silny głos Franka, będący nierzadko dalekim od demotywującego, nazwijmy to, smęcenia.

Na Tape Deck Heart znajdują się zarówno kompozycje, które na koncertach bez wątpienia nie pozwalają ustać w miejscu (np. Losing Days, Plain Sailing Weather, Four Simple Words), jak i utwory wymagające wyciszenia się (np. Tell Tale Signs, Anymore, Broken Piano). Wszystkie łączy natomiast warstwa tekstowa, którą Frank Turner stworzył na tyle umiejętnie, aby zaabsorbować uwagę odbiorcy. I jeśli jeszcze oprawia to wszystko rockową energią w warstwie muzycznej, tym chętniej się tego słucha.

Nie ma więcej wpisów