Podczas gdy na parkiecie rozgrywał się odwieczny spektakl white men can’t dance, tak scena, mimo niezaprzeczalnie zauważalnej postaci Grahama „G” Hastinga, tworzyła swój własny, zaraźliwy afro-centryczny show. Sam Hasting zapewne nie odstawał od Massaquoi i Bankole’a w kwestii predyspozycji ruchowych, jednak swoje zadanie ograniczył do wyraźniejszego przeżywania w głębi, niż uzewnętrzniania się przed publiką. Ekspresyjne ruchy dwóch pozostałych członków Young Fathers, wyćwiczonych niczym olimpijskie gimnastyczki, w zupełności jednak wystarczyły, by zapanować nad wzrokiem i umysłem całkowicie wypełnionego wnętrza katowickiego klubu Hipnoza.

Tuż przed występem, w odpowiedzi na pytanie o specjalne czynności przed samym koncertem, Kayus Bankole stwierdził, że sam koncert jest rytuałem. Nie dziwiło więc, że cichy i spokojny w trakcie rozmowy, przemienił się wraz ze stanięciem naprzeciw coraz bardziej ochoczo napierającemu ku niemu tłumowi. Kolejne uderzenia dźwięku, precyzyjne wybuchy bitów objawiały się w towarzystwie wyrzucanych z siebie, niejednokrotnie szaleńczo wykrzykiwanych porcji słów. Złagodzenie potęgi flow i energii, którą kumulował mały skrawek sceny, przynosiły wplecione w mroczny ton falsetowe wstawki. Co jednak ciekawe, wykonana przez Kayusa Bankole wersja wyczekiwanego przeze mnie Am I Not Your Boy? bliższa była producenckich zdolności Jona Hopkinsa, niż wszystkiego, co przedstawiał najbardziej melodyjny i popowy utwór z płyty Dead.

O dziwo jednak, to nie I Heard wywołało poruszenie, którego można by się spodziewać po najbardziej rozpoznawalnym utworze grupy. Dwie wcześniejsze EP-ki porywały swoją agresywną naturą, jednak to No Way, War czy stworzone pod parkietowe wyczyny Get Up przyniosły oczekiwany rezultat zatracenia się, oddania plemiennym wibracjom, przepływu połączeń nieskoordynowanych wymachów kończyn, ruchów ciał. Jeśli więc Hipnoza miała jeszcze w swoich zakamarkach, ścianach lub przedmiotach jakieś złe moce, z pewnością zostały wypędzone przez publiczne odprawianie czarów voodoo.

Wydawało się, że mimo braku wyraźnego kontaktu z publiką, spojrzeń błądzących po niesprecyzowanych punktach wśród tłumu, gotowi do nieustannego boju Szkoci czuli przychylny odbiór publiczności. Brak bisu można więc tylko tłumaczyć energetycznym wyczerpaniem, jakiego doznali po niemalże 50-minutowym show. Zostawiona po bezceremonialnym zejściu i podążeniu w kierunku garderoby, lekko oszołomiona publiczność musiała się pogodzić z takim obrotem sprawy. I zdać się na DJ-skie popisy Mr Krime, który zapewnił support jak i pokoncertową oprawę tego wieczoru.

Nie ma więcej wpisów