Wrocławski koncert Ryana Karazija, znanego jako Low Roar, rozpoczął trasę koncertową muzyka po Polsce, która obejmuje w sumie 8 miast. Pomimo faktu, że nie obyło się bez niespodzianek, tego artystę naprawdę warto zobaczyć na żywo.

Prawda jest taka, że koncerty nigdy nie zaczynają się o zapowiedzianej godzinie. Wyjątkiem są chyba tylko festiwale, gdzie wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Low Roar swój występ powinien zacząć o 20. Tak się oczywiście nie stało. Minęła dokładnie godzina i dwadzieścia minut, kiedy mogliśmy zobaczyć na scenie muzyków. Powód? No właśnie, to pozostało niewiadome przez bardzo długo, gdyż organizatorzy nie pokwapili się, aby poinformować publiczność o problemach. Dopiero w połowie koncertu Karazija zdradził tę tajemnicę.

Muzycznie Amerykaninowi nie można niczego zarzucić. Od pierwszych dźwięków można było się poczuć jak na Islandii. Piękno, które w niesamowicie prosty sposób Low Roar potrafił przekazać publiczności, trwało aż do ostatniego utworu, co jest naprawdę nie lada wyczynem biorąc pod uwagę irytację dużej części widowni spowodowaną zbyt długim oczekiwaniem. Kompozycje z pierwszego albumu były przeplatane tymi pochodzącymi z najnowszego wydawnictwa, którego data premiery jest wciąż owiana tajemnicą. I trzeba przyznać, że Low Roar naprawdę kocha Islandię i miłość tę słychać w jego twórczości coraz bardziej.

Pomiędzy utworami muzycy stosowali płynne przejścia, dzięki czemu nie było czasu na zbędne komentarze czy oklaski zakłócające spektakl. Jednak po kilku utworach Ryan wyjaśnił, dlaczego musiało minąć tak dużo czasu zanim koncert się rozpoczął – zaginęła perkusja. A jeśli już o kradzieży mowa, to Karazija zdradził, że kiedy czekał na przywiezienie perkusji, a on sam wyszedł z backstage’a po piwo, to po powrocie zastał tam złodzieja, który koniec końców zadowolił się tylko szczoteczką artysty wyskakując przez okno niczym Spider-Man. Oby nie było to jedyne zdarzenie, które zapadnie mu w pamięci po wizycie w Polsce.

Nie ma więcej wpisów