Robert Alfons zawsze mówił, że w jego muzyce chodzi przede wszystkim o emocje, z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie jest ekspertem w sprawach produkcji nagrań i opiera się bardziej na intuicji oraz uczuciach. W taki właśnie instynktowny sposób powstał debiut ociekający mrokiem i erotyką, inspirowany muzyką elektroniczną z lat 80. Z tych nagrań oraz z wypowiedzi samego artysty z tamtego okresu wyłania się obraz trawionego lękami oraz obsesjami człowieka, tymczasem po kilku miesiącach milczenia spędzonych zapewne na nagrywaniu nowych piosenek, ten sam Robert Alfons oświadcza, że tytuł nowego krążka to Joyland i będzie on eksplozją radości oraz energii.

Pierwszy singiel – Rescue Mister był jeszcze dosyć mocno zakorzeniony w brzmieniu Trust z poprzedniego albumu, ale już kolejny kawałek potwierdził słowa muzyka dotyczące zmian stylistyki. Refren Capitol jest właśnie tą spontaniczną eksplozją radości, przeciwwagą dla debiutu, udekorowaną jasnymi, skrzącymi się, słonecznymi tonami syntezatorów i opatrzoną uzależniającą melodią.
Na Joyland Alfons więcej eksperymentuje z wokalem, bawi się swoją skalą głosu raz używając charakterystycznego głębokiego basu, a raz równie słynnego falsetu. Jednak w przeciwieństwie do takich kawałków jak Shoom, jego niski głos nie brzmi tu ponuro, a ciepło, wręcz kojąco.

Udostępniony kilka miesięcy temu króciutki teaser albumu zawierał dźwięki, wydawać by się mogło, nieprawdopodobne w przypadku Trust, a jednak są one na płycie, co więcej, składają się na pełny, ponad czterominutowy kawałek. Mowa tu o otwierającym Joyland Slightly Floating, sennym, nierzeczywistym, z wokalem jakby wyłaniającym się z mgły. Trochę z tej niesamowitej atmosfery zostało jeszcze w Are We Arc?, zdecydowanie najbardziej przystępnym, popowym kawałku z całej jedenastki.

Jeśli ktoś chciałby stworzyć ranking najbardziej melodyjnych utworów Trust to zaraz obok wyżej wspomnianego Are We Arc? znalazłby się ten tytułowy, bardziej dynamiczny, z gęstymi warstwami syntezatorów i zabójczym refrenem celującym w odrobinę kiczowate, ale jakże lubiane lata 80.

Im bliżej końca albumu tym mniej popu, a więcej dyskoteki, Four Gut, Lost Souls/ Eeelings to typowe klubowe bangery, dla odmiany surowe i chłodne, z wokalem zepchniętym na drugi plan, natomiast jazgot syntezatorów wraz z ostrym beatem w Peer Pressure już za bardzo pachną mi tanią dyskoteką. Końcówka płyty już trochę niedomaga, Alfons nadrabia brak melodii dyskotekowym zacięciem, ale nie ma tu już tego czaru i magii obecnych w pozostałych trzech czwartych piosenek.

Trzeba jednak przyznać, że Joyland jest tak samo dobry jak debiut, mimo że po tym jak Maya Postepski odeszła, jest to tylko i wyłącznie projekt solowy.

Nie ma więcej wpisów