Koncert Anny Calvi w Dzień Kobiet ma wręcz symboliczny charakter, bo trudno o osobę bardziej kobiecą, a zarazem zaprzeczającą stereotypom dotyczącym płci.

Dziewczyna, która swą grą na gitarze zawstydza niejednego mężczyznę lubi popisywać się swoimi umiejętnościami na scenie i z radością gra rozbudowane solówki czy kawałki instrumentalne, takie jak brawurowo wykonane Rider to the Sea. Tam gdzie z czysto praktycznych powodów brakowało rozbudowanych, orkiestrowych aranżacji, Calvi nadrabiała gitarą, dzięki czemu w Carry Me Over można było chociaż częściowo doświadczyć niezwykłego nastroju studyjnej wersji.

Jeśli chodzi o setlistę to podzielona była ona pomiędzy kawałki z nowego albumu, jak i te z debiutu, plus covery, o których będzie mowa później. Występ rozpoczął się od dynamicznego Suzanne & I, kawałka stworzonego po to, aby otwierał koncerty, a zakończył Jezebel – coverem Edith Piaf. Każdy kawałek był na właściwym miejscu, najgłośniejsze i najszybsze I’ll Be Your Man obok Love of My Life, a na koniec właściwej części koncertu oszałamiające Love Won’t Be Leaving, które zostawiło publiczność w lekkim szoku i niecierpliwym oczekiwaniu na bis.

Nie można jednak powiedzieć, że setlista była przewidywalna, chociażby z powodu obecności coverów, do których należą wspomniana już Jezebel, Surrender Elvisa oraz mój ulubiony Fire Springsteena, w którym wokalistka udowodniła, że jest mistrzynią kreowania napięcia. Za każdym razem kiedy wydaje się, że zaraz wybuchnie, ona się wycisza i do samego końca nie pokazuje pełni swoich możliwości wokalnych.

Kolejną bardzo przyjemną niespodzianką był B – side singla ElizaA Kiss To Your Twin, bardzo delikatny, stonowany kawałek opatrzony pięknym, przestrzennym brzmieniem perkusji.

Warto jeszcze wspomnieć o jednym ważnym elemencie, aczkolwiek nie związanym z muzyką, są to światła, widziałam już sporo koncertów, ale rzadko zdarza się, że zwrócę uwagę na oświetlenie. Jest to kolejny element perfekcyjnie zaplanowanego show Calvi, oświetlenie podkreślało ważne momenty, raz reflektory skupiały się na wokalistce, a innym razem zasłaniały innych członków zespołu, przez co mieliśmy wrażenie, że artystka jest sama na scenie.

Występy Calvi to pełny profesjonalizm, wszystko jest dokładnie dopracowane i zaplanowane, nie ma tu wiele miejsca na spontaniczność, ale jest rewelacyjna jakość, która dostarcza niesamowitych wrażeń.

Nie ma więcej wpisów