14 marca w Prozaku 2.0 miał miejsce jeden z najbardziej wyczekiwanych występów tej zimy wśród krakowskich klubowiczów. W Krakowie pojawił się bowiem President Bongo – jeden z założycieli kultowego islandzkiego zespołu Gus Gus, na jednym z dwóch koncertów w Polsce w tym roku.

Sporo słyszałam o solowej działalności Stephena Stephensona, znanego szerzej pod pseudonimem President Bongo – wizjonerski, zaskakujący i genialny, niepokojąco nieprzewidywalny, a poza tym realizujący się na wielu różnorakich polach – nie tylko muzycznych. Nawet jego spojrzenie na zdjęciach wionie tajemnicą i wywołuje dreszcze. Nie dziwi więc, że klub pękał w szwach.

Główna gwiazda wieczoru miała pojawić się na scenie o drugiej w nocy i tak też się stało. Publiczność rozgrzał wcześniej skutecznie Michał Brzozowski aka bhosa – DJ, producent, a przy okazji dyrektor artystyczny klubu 1500m2, prezentujący swój set przed Presidentem Bongo i tworzący nieziemskie taneczne preludium z wyraźnym podbiciem, które przynajmniej dla mnie trwało zdecydowanie za krótko.

Set Presidenta Bongo był bardzo nierówny i miejscami niestety nudnawy. Pierwsza godzina występu jawiła się jako nieco przydługawy wstęp do niezaprzeczalnego momentu kulminacyjnego występu – piosenki Arabian Horse, pochodzącej ze znakomitego albumu grupy o tym samym tytule. Wydawało się, że widownia tylko na to czekała i dała się porwać całkowicie, nie zważając na panujący ścisk. Śpiew i okrzyki radości ustąpiły już jednak po kilku minutach po zakończeniu utworu. Kolejne momenty zrywu nie były już takie wszechogarniające, chociaż publiczność wyraźnie pobudziło wplecenie do mixu hiponotyzującego The Realm Chantala.

Mimo iż President Bongo starał się prezentować dość różnorodny materiał (plus za Pachanga Boys – Time), to niestety nie trafił on do końca w gusta i taneczne standardy, więc pozostało mi po tym secie lekkie poczucie niedosytu, które zostało zrekompensowane przez doskonałą Meg Cocaine, wieńczącą ten wieczór/poranek.

Nie ma więcej wpisów