Beck Hansen jest artystą oryginalnym, nieprzeciętnym, a jakżeby inaczej. Przy debiutanckiej płycie nazywano go jednym z liderów zjawiska, które nazywało się generacją X. Później pokazywał na co go stać, mieszając najróżniejsze style muzyczne. Nie tylko każda kolejna płyta oczywiście się broniła ale także pokazywała, że Beck nie robi tego wszystkiego przypadkowo. Ale czy tak zasłużony artysta jest jeszcze komuś potrzebny? W obecnych czasach przecież lubi się doceniać głównie nowych artystów. Jednak twórca niezapomnianego Looser nie ma jednego stylu, umie zaskakiwać. Każda płyta jest mniej lub bardziej inna od poprzednich. I tu po sześcioletniej przerwie pojawia się Morning Phase.

Na album składa się trzynaście utworów utrzymanych w klimacie łagodnego rocka, opartych głównie na gitarze akustycznej, pianinie i instrumentach smyczkowych. Dla tych wszystkich którzy mieli do czynienia z Sea Change podobieństwo samo się narzuci. Przypominają o tym nawet okładki. Beck korzysta także z wielu muzyków, którzy pomagali mu przy albumie z 2002 roku. Więc mamy tu zgrzyt – Amerykanin nie zaskakuje. Ale czy na pewno? Beck stworzył Sea Change po rozstaniu z wieloletnią partnerką, z tego względu album należy do najbardziej nostalgicznych (melancholijnych?) i smutnych. Na Morning Phase jest wręcz odwrotnie, wszystko tu raczej zachęca do życia no i do przebudzenia.

Jeżeli już o przebudzeniu mowa, to chciałbym mieć poranki w takim klimacie. Aby powoli wybudzano mnie ze snu lekkimi dźwiękami smyczków – jak w pierwszym około minutowym wstępie do utworu Morning. Co ciekawe taki wstęp pojawia się raz jeszcze przed Turn Away. Czemu Cycle i Phase istnieją jako oddzielne utwory? Nie mam pojęcia, bo ani nic nie dzielą ani też łączą. Choć Beck w jednym z wywiadów powiedział, że takich melodii miał więcej, ale ostatecznie tylko te dwie pasowały. Powracając do Morning jest to utwór, który przenosi nas za pomocą cymbałków i elektronicznego, ciągnącego wokalu w lekko oniryczny świat, na chwilę po przebudzeniu.

Beck niebyły sobą gdyby nie wprowadził do kolejnych utworów elementów folku i bluesa, choć czasem czuje się tu nawet country. I tak w tle Say Goodbye, Blue Moon (pierwszy singiel) słychać wolne dźwięki banjo, a w Country Down harmonijkę – instrument, który pojawia się na każdej płycie, przynajmniej w jednej piosence. Jedynym kontrapunktem tej sielanki jest mroczniejszy Wave, w którym oprócz wokalu rozbrzmiewa wyłącznie długie pociągnięcia smyczków orkiestry. Z każdym kolejnym utworem Amerykanin stara się coraz bardziej nas rozbudzić. Udaje mu się to dopiero na końcu płyty za sprawą drugiego singla Waking Light, gdzie pod koniec nieoczekiwanie rozbrzmiewa gitara elektryczna, choć szkoda, że na tak krótko. Na wielką pochwałę zasługuję niesamowicie dojrzały głos wokalisty, który już dawno temu pozbawił się całej nonszalancji.

Pomimo tego, że płyta nie ma złego utworu, to monotonia która przewija się przez płytę denerwuje. Beck zwykł zaskakiwać, tym razem jednak nawet niczym się nie wyróżnia. Nagrał trzynaście dobrych utworów, które wydają się być już przez kogoś wcześniej nagrane (Young, Simon i Garfunkel) . Przyznać trzeba, że Beck od początku do końca zaplanował ten krążek. To stanowczo mu się udało. Zresztą to jest przywilej znanych marek. Za to go cenię. Płytę traktuję bardziej jako kontynuację Sea Change, niż jako oddzielną opowieść i wciąż czekam na nowe pomysły Beck’a. Obawiam się, że przy tak dużym napływie debiutanckich płyt, wciąż pojawiających się artystów, Morning Phase może być całkowicie nie dostrzeżona przez osoby nie znające twórczości Amerykanina, a w obecnych czasach oznacza to przeważnie, po prostu brak jakiegokolwiek zainteresowania i zapomnienie, a szkoda.

Nie ma więcej wpisów