W sobotni wieczór, 22 marca, krakowski Klub Studio pękał w szwach. Wszystko za sprawą Simona Greena aka Bonobo, który z powodzeniem wyprzedaje polskie koncerty. Choć artysta promował album The North Borders nad Wisłą w czerwcu zeszłego roku, nie omieszkał przybyć ponownie w ramach wiosennej trasy. Krakowski koncert był ostatnim w polskiej mini-trasie, a biorąc pod uwagę entuzjazm publiczności, kraj nasz jest już na zawsze wpisany we wszelkie plany europejskich tras muzyka.

Zanim jednak na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, rozgrzewkę zapewnił młody producent Werkha prosto z Manchesteru. Sympatyczny Anglik sprawnie uwijał się za stołem mikserskim (ze sprytnie „poprawionym” logiem pewnego browaru). Połamane bity skutecznie rozruszały tłum, który w pewnej części znał dorobek artysty. Trzeba przyznać, że Werkha w swych kompozycjach umiejętnie dozuje napięcie, a przede wszystkim czerpie ogromną radość z obcowania z publicznością. Efekt prawdopodobnie potęgował fakt, iż był to ostatni koncert muzyka na trasie. Kiedy nie dać z siebie wszystkiego, jak podczas finałowej imprezy?

Bonobo w WarszawieZ pozytywnym nastawieniem po supporcie, publiczność powitała Bonobo z otwartymi ramionami. Artysta odwdzięczył się tym co potrafi najlepiej, czyli zbalansowaniem żywych instrumentów i rasowego DJ-skiego miksowania. Na scenie muzyk i jego świta pojawiali się w różnych konfiguracjach. Poruszając się między gatunkami i nastrojami, skutecznie wprowadzili widownię w zachwyt. Rozpoczynające się od samotnego króla sceny, poprzez dołączający do niego po kolei czteroosobowy zespół instrumentalistów, zestawienie Cirrus i Sapphire wybrzmiało z siłą najlepszego intra. Następujące Towers potwierdziło talent Bonobo do znakomitego doboru wokalistek. Towarzyszyła mu ujmująca, obdarzona kruchym głosem Szjerdene, której obecność na scenie dodawała kompozycjom pewnej lekkości i nieuchwytnego uroku.

Taki model funkcjonował przez cały czas trwania koncertu, muzycy pojawiali się i znikali, zostawiając pole do popisu Greenowi, jego mikserowi i gitarze basowej. Prowadzono nas w okolice jazzu, lirycznych ballad, jak wyjątkowe dzięki kobiecemu wokalowi First Fires, by potem uderzyć całą mocą elektroniki przy Ten Tigers. W całej tej palecie muzycznych barw najbardziej uwiodła mnie moc żywego zespołu. Gitara akustyczna w Stay the Same, czy flet poprzeczny w We Could Forever to tylko niektóre smaczki. Największe brawa należą się zdecydowanie perkusiście i saksofoniście (który także czarował klarnetem i fletem właśnie) na których ekwilibrystyce opierała się większość utworów. Apogeum swych możliwości osiągnęli w solówkach w połowie El Toro zaskarbiając sobie uznanie wszystkich obecnych. W całej gamie instrumentów brakowało jedynie skrzypiec znanych z albumu Black Sands, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Koncerty Bonobo pokazują jak dobrze energia cyfrowo generowanych podkładów współgra z żywym graniem. Są w stanie połączyć fanów elektroniki opartej na DJ-u i jego milionach pokręteł, jak i ludzi, dla których istotą muzyki są klasyczne instrumenty. Dają dzięki temu podwójną radość udanego kompromisu. Zważywszy na niebywały entuzjazm krakowskiej publiczności nie czuję się w moich odczuciach osamotniona. Wędrująca między sceną a widownią pozytywna energia była widoczna cały czas, w słowach i w gestach. Nie pomylę się więc twierdząc, że dla obu stron było to wyjątkowo przyjemne spotkanie.

Nie ma więcej wpisów