Ten barwny projekt Josepha Mounta przez lata, które minęły od jego powstania, stał się definicją częstych zmian i przyzwyczaił fanów do totalnych zwrotów akcji z każdym nowym nagraniem. Począwszy od niekomercyjnego, zeschizowanego Pip Paine, poprzez uzależniające elektro Nights Out, aż do najspokojniejszego z całej trójki, gitarowego The English Riviera, Metronomy udowodnili, że potrafią się zmienić nie do poznania. Uroczy damsko–męski duet w Everything Goes My Way był dla mnie sporym szokiem, który szybko nauczyłam się kochać tak samo mocno jak Heartbreaker, a kiedy tylko usłyszałam o nowym wydawnictwie, które ukaże się w tym roku zaczęłam się zastanawiać co tym razem zrodziło się w głowie nieprzewidywalnego Mounta.

Przeświadczenie o nieprzewidywalności muzyka z Devon spowodowało automatyczne nastawienie się na kolejną zmianę, w związku z czym oldschoolowy singiel jakim jest Love Letters przyjęłam bez zdziwienia, za to z niemałym zachwytem. Kawałek, który dla podkreślenia kontrastu opatrzono wstępem przypominającym marsz pogrzebowy jest esencją lat 60., słysząc chórek z zaangażowaniem wyśpiewujący tytułową frazę mam przed oczami dziewczyny ubrane w minispódniczki w geometryczne wzory ze starannie natapirowanymi fryzurami. Podobny klimat panuje w Month of Sundays, z tym że energiczne klawisze zostają zamienione na leniwą gitarę, a tempo już jest znacznie bardziej relaksacyjne, zbyt relaksacyjne, a nawet usypiające.

Album w całości został zarejestrowany w Toe Rag Studios, które jest miejscem pełnym analogowego sprzętu, a nagrywali tam m.in. tacy miłośnicy „starego” brzmienia jak The White Stripes. Wybór studia to nie przypadek, od początku tworzenia tego materiału Josephowi Mountowi przyświecała idea nie wspomagania się komputerem, co naturalnie słychać na każdym kroku. Już otwierający album The Upsetter wita nas bardzo fajnym, „głuchym” brzmieniem perkusji, gitarami, które stanowią zarówno tło, jak i piękne wykończenie, a do tego dochodzi jeszcze smutny, urzekający falset Mounta. Żadnej elektroniki, żadnych komputerów, po prostu ładne, analogowe brzmienie. Problem w tym, że takich uroczych momentów na płycie jest zaskakująco mało, uwagę zwraca jeszcze The Most Immaculate Haircut, kawałek, który jak zdradził Mount w jednym z wywiadów, jest hołdem dla fryzury Connana Mockasina. Poza tym wybijają się jeszcze dwie piosenki oparte na dźwiękach klawiszy: tytułowe Love Letters oraz Reservoir, w którym syntezatory na moment wracają do znacznie ciekawszej ery Nights Out.

Równie dobrze można by ograniczyć płytę do czterech, pięciu utworów i wyszłaby z tego przyzwoita EP–ka, natomiast w obliczu dziesięciu piosenek, z których połowa jest blada i nie zostaje w pamięci dłużej niż czas trwania każdej z nich, cała idea nagrania retro albumu traci na wartości.

Metronomy mają zaskakującą umiejętność łączenia lekkich melodii i dramatycznych tekstów, w niepozornie brzmiącym I’m Aquarius ważą się losy związku (it’s time to move on, I’m taking the ring back to where I got it from), a w Reservoir radośnie brzmiące syntezatory towarzyszą desperackim próbom odzyskania dawnego kochanka (but we should never say that we drifted far). Jednak te melodie nie są już tak zwiewne i naturalne jak na English Riviera, gdzie podczas przesłuchiwania albumu mamy przed oczami nadmorskie krajobrazy Devon. Z powodu braku ciekawych pomysłów Love Letters ociera się o sztuczność, a w walce o autentyczność nie pomaga nawet specjalne studio.

Nie ma więcej wpisów