Już sam początek w postaci Under The Pressure przejawia geniusz całości. Ściera ze sobą springsteenowską mentalność, ubierania znaczeń w słowa. Zapętla gitarowe podrywy z magią skrzypiec w tle, klawisze wzbogaca ledwie zauważalną szczyptę elektronicznych wstawek. Dziewięć minut wypełnia szczelnie zalewem fantazji, fascynacji bogactwem dźwięków, zachwyca szczegółami pojedynczych partii instrumentów.

Zapatrzony w lata 70. i 80., Adam Granduciel także przywdziewa sobie harmonijkę, dostojnym, marszowym krokiem przemierza kolejne stany, w których rozedrganym głosem wygłasza swoją poezję. Całość okrywa retro otoczka usnuta z sączących się dźwięków pianina czy ezoterycznego saksofonu, który wkrada się w rytmiczne, zapętlone klawiszowo-perkusyjne współgranie Eyes To The Wind. Soundtrack do nigdy nie nakręconego filmu dostraja dream-popowa ostoja emocjonalności w postaci Suffering.

Ale odwołań nie tylko do tamtych lat jest więcej, czego dowodzi Red Eyes przedłużające dźwiękową potyczkę Arcade Fire z ich podróżami poprzez przedmieścia. Czarowanie wokalną ekspresją i klasyczną gitarową werwą miesza swoją tawernianą radość z syntezatorową melancholią, która szerzej wybrzmiewa poprzez An Ocean In Between the Waves. Gdzieś w tym wyczuwa się Kurta Vile’a, w części odpowiedzialnego zresztą za sam projekt The War On Drugs.

Przejmująca jest zwartość materiału, który przez nieco ponad godzinę płynie nieustannie, częstując monotonią dobrze znanych gitarowych hymnów, Dylanowskich inspiracji, wytartą wzniosłością. Motyw przewodni ogranicza szerszy dobór instrumentarium, a jednak same utwory dalekie są od zamiany w rockowe klisze, które przy tym zestawie osób i cech są skazane na porażkę. Granduciel przemienia te elementy machinalnie, zachowując równowagę pomiędzy kolejnymi numerami, co nie udało się przy Slave Ambient. Tu tworzy pobudzający, wyrazisty i przejmujący obraz całości.

Nie ma więcej wpisów