W 2012 roku, w Syracuse w USA, reżyser Scott Coffey realizował zdjęcia do swojego najnowszego filmu Adult World. Brakowało mu jednak zespołu punkowego do jednej ze scen. Zadzwonił więc do Meredith Graves – wokalistki Perfect Pussy. Graves miała jednak problem, bo jej poprzedni zespół Shopper przestał istnieć za sprawą rozpadu jej związku z perkusistą. Coffey zaproponował, żeby Graves stworzyła „fake band”. I tak mniej więcej powstało Perfect Pussy. Po paru miesiącach lenistwa (jak mówi sam zespół) powstała kaseta demo, a po paru kolejnych płyta Say Yes to Love. Ale ta hollywoodzka historia całkowicie nie pasuje do tego, co Perfect Pussy ma do zaoferowania. Wydaję się wręcz absurdalna.

Nazwa płyty jak i zespołu przywodzi na myśl jakiś tani pornos. Jednak idealnie odpowiada klimatowi, który znajdziemy na tym krążku. Bo Perfect Pussy to zespół noise-punkowy. Nie dziwi więc nikogo rozpoczynający i kończący płytę szum. Nie powinna dziwić też długość płyty – 23 minuty. Dziwić jednak może zainteresowanie zespołem poza sceną punkową Syracuse. Co jest więc w nich tak niezwykłego?

Ich krótki, długogrający krążek jest niezwykle wyrazisty. Łączy w sobie punkową szorstkość z emocjonalnością tekstów. W czasie gdy reszta punkowych kapel śpiewa o tym jak kogoś zabić lub opluć, Graves opowiada (w formie krzyku) o tym jak miłość może być wyniszczająca. Nie jest to nic odkrywczego, ale głos Graves ginie wśród basu, gitary i perkusji zmieniając wymowę krzyczanych słów. Tak jakby bała się wypowiedzieć nagłos myśli, które krzyczy jej głowa. Przywodzi to na myśl wokal Alice Glass z Crystal Castles. Jedynym fragmentem, gdzie wyraźnie usłyszymy tekst jest ten, kiedy wokalistka wykrzykuje When do we say yes to love w Interference fits. Gitara nie ma tylko funkcji zagłuszającej. Oprócz czysto punkowych brzmień na tej płycie wybrzmiewają indie rockowe riffy nadające większości utworów dodatkowej melodyjności. Świetnie się to sprawdza przy klimacie, który często jest naprawdę ostry.

Say Yes to Love to dobry album. Nie trzyma się schematu – „punka nikt nie słucha, więc nagrywamy po staremu”. Co więcej uważam, że bawić się przy niej mogą zarówno starzy punkowcy jak i młodzi hipsterzy. Największym minusem jest jednak jej długość. Łatwo jest zrobić kilka dobrych kawałków, ale trudniej całą płytę. Perfect Pussy poszło tą łatwiejszą drogą i nazwało to płytą. Choć można powiedzieć że to znamię gatunku bądź czasu, bo płyty długogrające bywają coraz krótsze.

Dwa lata temu na scenie OFF Festiwalu wystąpił nieznany prawie nikomu zespół Savages. Wtedy znając tylko EP-kę, wyczekiwałem ich koncertu (i trochę się zawiodłem). W tym roku na wspomnianym OFFie pojawi się Perfect Pussy i jeżeli w tych dniach będę w Dolinie Trzech Stawów z pewnością będę wyczekiwał ich koncertu. Czy osiągną sukces? Czas pokaże.

Nie ma więcej wpisów