Na hasło „Moderat” bilety na przedsmak festiwalu Tauron Nowa Muzyka wyprzedały się do cna. Jednak podczas imprezy było nam dane zobaczyć także kilka innych twarzy. W klimat wprowadził C.H. District. Mocne dźwięki przetaczające się przez pustawy jeszcze teren koncertu, dały wyobrażenie o jakości dźwięku dominującego przez kolejne godziny. Zaprawdę dobre basy mają znaczenie.

Z kolei godzina z dziewczyną za laptopem obrodziła w surowe brzmienie rasowego techno. Zamilska zdołała zebrać rzeszę fanów pragnących bawić się pod jej wezwaniem i zapewniła niezłą (choć przytłaczającą) rozgrzewkę. Jeżeli set ten określę jako zbyt toporny, to oficjalny support Moderata, Alex Banks, okazał się dla mnie odkryciem wieczoru. Nieoczywiste rozwiązania wplatane raz w house’ową raz dubstepową konwencję i już nie mogę się doczekać majowej debiutanckiej płyty.

Wracając do głównej gwiazdy, niemieckie trio zdołało wyrobić sobie przez 5 lat solidną markę zarówno muzyką jak i szeroko pojętą oprawą wizualną. Panowie dotarli się między sobą, a i współpraca z Pfadfinderei jeżeli chodzi o grafikę wypada w punkt. Koncert to przygotowane show, które ma ręce, nogi i niewiele pola do improwizacji. Mimo to pobyt z Moderatem w jednym pomieszczeniu przez ponad godzinę potrafi porwać bardzo silnym nurtem. Człowiek słysząc basy rozpoczynającego This Time wie, że przepadł.

Mogłabym opowiadać z uniesieniem o dreszczach, zapomnieniu w dźwiękach i błogości na twarzach zahipnotyzowanego tłumu. Jednak żadne sformułowanie nie odda do końca atmosfery panującej w Szybie Wilson. Bo też dla każdego z osobna inne rzeczy są kluczowe. Pierwszy cios A New Error, wspaniale rozwijające się Milk, wizualizacje w Last Time, piłowanie dźwięku w Therapy  – powodów do radości Moderat daje wiele. Z jednej strony wybija się głos Saschy, jak choćby w lirycznym Damage Done, z drugiej panowie podrasowują No.22 eksplorując rejony kojarzone z Modeselektorem.

Zebrawszy to wszystko razem otrzymuje się wielki tygiel powszechnej euforii, która, co ważne, działa w dwie strony. Na zespół dobrze się patrzy widząc ich podejście, wciąż swobodne i otwarte. W takiej sytuacji nawet techniczny błąd wydaje się niezapowiedzianym bonusem. W katowickim koncercie wszystko było spójne, zgrane, i  naiwnie rzeknę, po  prostu piękne. Z momentem wybrzmienia ostatniego utworu chciało się cofnąć zegarek o godzinę i dać się grupie ponieść raz jeszcze…

Katarzyna Kowalik

 

Fantastycznie rozszerzone wersje utworów napędzały się wraz z chłonącym dźwięki tłumem. Świetlne, niemalże hologramowe projekty wizualizacji 3D celnie oddawały nastrojowość (Damage Done, Last Time) i energię odpowiednich momentów (motoryka Milk czy Therapy), ukazując zmysł i precyzję, z jaką stworzone zostało to show. Flesze lamp aparatów i światła ekranów wszelkich przenośnych urządzeń co jakiś czas uwieczniały sugestywną oprawę.

Nic więc dziwnego, że publika spijała radosne odezwy artystów i każde najmniejsze dotknięcie konsolety przekształcała w swój własny taneczny wywód, a przejawy zadowolenia w formie oklasków i ekstatycznych wykrzyknień pojawiały się w każdej chwili wytchnienia muzyków.

Wybrana przestrzeń sprawdziła się doskonale, pozwalając odbierać dźwięki w sposób wyrazisty, bez uczucia duszności i bólu głowy z powodu zatłoczenia. Tym bardziej, że w porównaniu do studyjnych wersji, Moderat postawiał na sprawdzoną regułę mocniejszego brzmienia, które efektywnie podkręcało temperaturę. Od samego początku do zasłużenie przedłużonego końca.

Choć tuż przed godziną trzecią główni bohaterowie zeszli ze sceny, a większość przybyłych na to wydarzenie powoli opuszczała salę, stery przejął przedstawiciel projektu Terranova. Mętne i motoryczne bity powolnie ściągały wszystkich tych, którzy chwilę wcześniej potrzebowali oddechu. Powolny, progresywny materiał mieszał taneczne zmęczenie z hipnotyczną ochotą poddawania się całego ciała egzotycznym podrygom do dźwięków z pogranicza house’u czy techno. Ale wtedy, o tej porze, w takim otoczeniu i z tak pozytywnym nastawieniem chętnie przyjmowało się wszystko, co tylko zostało zaserwowane. Nawet, jeśli nie królowała już nośność melodyki.

Zastanów się więc, gdzie byłeś w ten weekend, a jeśli nie spędziłeś nocy z soboty na niedzielę w Szybie Wilson, nie próbuj nawet zadawać sobie pytania: dlaczego? Po prostu wiedz, że straciłeś coś ważnego, bo takich imprez nie organizuje się co weekend. Choć jeśli wydarzenia z cyklu Before Tauron Nowa Muzyka miałyby właśnie taką częstotliwość, zapewne nikt nie miałby nic przeciwko.

Marek Cichoń

Nie ma więcej wpisów