Umarł Król, niech żyje Król – czy aby na pewno? Zamrożenie działalności UL/KR pewnie nie jedną osobę przyprawiło o brak tchu. Ich płyty, ale w szczególności ich koncerty, podczas których człowiek zapominał o świecie i zwyczajnie zatapiał się w dźwiękach, słowach i emocjach są jednymi z najmilszych wspomnień z nimi związanymi. Nadal pamiętam występ w poznańskiej, niestety już nie działającej, Strefie Kultywator, podczas którego przez cały czas trwania setu, kolejnych utworów nie przerywały oklaski. Człowiek bał się klaskać, żeby nie zburzyć sobie tego szczególnego klimatu, tego uczucia przesiąknięcia tekstem i melodią jak rzęsistym, jesiennym deszczem. Oklaski, a raczej ich burza, pojawiły się na końcu, kiedy cała publika wydarła się z cudownego stanu odrętwienia na skutek nagłej ciszy. Coś pięknego. To właśnie dlatego wieść o końcu działalności UL/KR zmrażała krew w żyłach i wywoływała autentyczny, przynajmniej we mnie, niczym nieskrępowany smutek.

Jest jednak nadzieja dla tych, co pokochali Króla miłością czystą i zupełnie bezinteresowną. Król powraca w nowych szatach. Przynajmniej tak zapowiadano, bo to ubranie Króla nie do końca pachnie nowością.

Dwudziestosiedmio minutowe dziecko Błażeja Króla pokazuje go nam w bardzo podobnej, co poprzednio, estetyce. Śmiem twierdzić, że Nielot muzycznie to dokładnie ta sama szufladka co UL/KR, może nieco bardziej zwrócona w stronę popowego brzmienia, ale wciąż ta sama. Osoby, dla których Ament nie stanowił codziennej modlitwy będą miały lekką trudność w odróżnieniu co jest nowym, a co starym dziełem Króla. Od początku wszyscy gdzieś czuli to, że właśnie osoba Błażeja była tą większą połową duetu z Gorzowa – liderem, dowódcą, siłą sprawczą. To na Błażeju i jego głosie skupiały się tłumy – Maurycy (choć przykro to mówić) był swego rodzaju dodatkiem. Dlatego Ci, którzy oczekiwali, że Król naprawdę powróci w nowych szatach – zawiodą się. To wciąż to samo ubranie, tyle że wyciągnięte gdzieś z dna szafy, niosące ze sobą chmarę osobistych wspomnień, odświeżone, i jakby… subtelniejsze. W muzyce Króla wyraźnie słychać echa twórczości UL/KR – Ciepło, Ćmy, czy Godzina (tak bardzo przywołująca na myśl Magię) tylko udowadniają, że to kolejna odsłona tych samych muzycznych tęsknot i światów. W dodatku to 27 minut rozbudza apetyt na więcej i pozostawia ogromne nienasycenie. I nie pomogą tu ciągłe zapętlenia, moje całe wnętrze wręcz krzyczy o więcej.

Nie odbieram tym samym genialności tej płyty, bo zarówno poprzednie albumy UL/KR, tak i teraz Nielot są rzeczami totalnymi, dopracowanymi w każdym, nawet najmniejszym, calu. Ponownie można się zatopić w tych dźwiękach, a co najważniejsze – w słowach. Bo to teksty Błażeja Króla są tym, co sprawia, że człowiek odkrywa podczas słuchania jego muzyki swoje własne lęki, odczuwa tą samą melancholię, zatraca się bez pamięci. Powoduje to fakt, że Błażej działa pod wpływem impulsów i tak jawią się też jego teksty – strzępki poskładanych ze sobą z pozoru zupełnie chaotycznych myśli tworzącą obraz młodego człowieka opisującego zwyczajne życie – takie, jakie może zdarzyć się każdemu z nas. Człowieka, któremu nie są obce uczucia strachu, samotności, miłości, ale który także nie stroni od używek – te są raczej pozornym dla niego ratunkiem. Uniwersalność to w tym przypadku słowo – klucz. Te zwykłe rzeczy utkane w melodie budowane głosem Króla stają się wręcz nierealne, magiczne. Tu teksty mają zdecydowanie większą siłę rażenia niż te, które znalazły się na płytach UL/KR. Nie trzeba kopać głęboko, wystarczy sięgnąć po pierwszy singiel: ten stan chwyta za kark jak szczenię, odbiera senność, zabija pożądanie – co tu więcej mówić.

Jednak z całym uwielbieniem dla twórczości Błażeja nie boję się narzekać – chłostajcie mnie, proszę bardzo – to nie jest nowy Król, Król był zawsze tylko chował się za półprzezroczystą zasłoną. Dla mnie to kolejna odsłona UL/KR tyle, że pod inną nazwą jednak wciąż opatra na tym samym trzonie. Ta kraina melancholinych, introwertycznych opowieści to zawsze była kraina Błażeja Króla – czy w obecności Maurycego, czy teraz, bez niego. Sama nie wiem czego spodziewałam się zanim pojawił się pierwszy zwiastun płyty. Może chciałam usłyszeć w pełni nowego Króla, innego? Chyba tak, a wciąż po n-tym już przesłuchaniu Nielotu mam wrażenie, że nadal jestem w świecie UL/KR, no coż… Dobrze mi tam. Król nie umarł.

Nie ma więcej wpisów