Kiedy w 2011 wypuścili pierwszy singiel Pumped up Kicks, z miejsca stali się gwiazdami indie popu. Po debiucie Torches każda kolejna piosenka wiązała się z jeszcze większą popularnością. Zapewne wielu czekało na ich powrót, album równie dobry jak poprzedni. Coming of Age dało namiastkę tego, co miało nas czekać i nadzieję na równie dobrą i przebojową płytę. Jednak nic bardziej mylnego. Otrzymujemy bardziej stonowany materiał, w którym trudno znaleźć więcej niż dwa charakterystyczne kawałki. Nie znajdziecie tu zbyt wielu odpowiedników Call It What You Want czy Don’t Stop (Color on the Walls).

Mimo wszystko typowo przebojowe i charakterystyczne dla nich granie spod znaku Are You What You Want to Be? nie zapowiada tego co mamy później. Utwór powstał w Maroku i słychać w nim nutkę inspiracji Afryką. Refren, głównie dzięki żywiołowości i prostemu tekstowi, bez problemu pozostaje w pamięci. Gorzej jest ze zwrotkami, które razem z melodią pasują trochę jak pięść do nosa. Na szczęście są tylko dwie. W Ask Yourself całkiem przyjemnie brzmi połączenie gitary akustycznej i dyskretnego basu. Spokojny wokal na pewno nie utrudni odpowiedzenia sobie na zadane przez zespół pytanie: Is this the life you’ve been waiting for?. O Coming of Age zbyt wiele nie potrzeba pisać, bowiem bardzo dużo zostało już napisane. Co ciekawe, ten promujący album kawałek powstał na samym końcu sesji nagraniowej do Supermodel. Jak się okazuje Foster The People zdecydowanie najlepiej brzmią w starym stylu, grając lekko i nienachlanie zarazem.

Nevermind studzi emocje gitarą akustyczną, relaksującym wokalem i potem jest już tylko gorzej. Pseudologia Fantastica to niestety jeden z najsłabszych momentów na Supermodel. Pomijając eksperymentalne brzmienie, już sam tytuł sugeruje coś skomplikowanego i rzeczywiście tak jest. Mark Foster i spółka powędrowali z krucjatą w okolice MGMT lub Tame Impala i niestety wrócili na tarczy, lecz tkwiąc w agonii, próbują się jeszcze podnieść.  Głębszym oddechem jest Best Friend, która na darmo daje nadzieję na to, że czeka nas jeszcze coś ciekawego. Piosenka stworzona by stać się hitem i opanować rozgłośnie radiowe. Równie dobrze mogłaby znaleźć się na Torches. Lubię taki bas jak tutaj i dlatego będzie to jeden z niewielu kawałków, które na dłużej zagoszczą w mojej głowie i głośnikach.

A Beginner’s Guide to Destroying the Moon prezentuje dużo elektroniki, syntezatorów, a także wachlarz wokalnych możliwości Marka Fostera. W końcówce zespół był już chyba równie zmęczony tym materiałem jak ja. Goats in Trees – akustyczne, do ogniska i z wokalem usypiającego harcerza. The Truth, szczególnie na początku, brzmi tak iż równie dobrze mogłoby być wyjęte z twórczości Vampire Weekend. Refren zaś przywołał mi do głowy skojarzenie z Empire of the Sun. Po tej krótkiej zmianie tempa znów wracamy nad ognisko w akustycznej balladzie Fire Escape. Dobrej tekstowo, z nawiązaniami do religii i z chórkami, które naprawdę dodają uroku.

Być może odzywa się we mnie hedonizm, ale przebojowe, naiwnie popowe brzmienia akurat do tańczenia przekonują mnie dużo bardziej niż wyraźne czerpanie z wielu stylów i wielu zespołów. Prawdopodobnie założenie było takie, by nagrać płytę bardziej poważną, dojrzałą, zadającą istotne pytania. I w tej działce jest lepiej niż było. Na duży plus zasługuje również dopracowanie wokali, które są bardziej wyraziste i pokazują naprawdę olbrzymi potencjał Fostera. Niestety średnio przekują mnie wspomniane inspiracje Afryką, podróż w psychodeliczne dźwięki skończyła się trudno przyswajalnym utworem, a akustyczne kawałki najzwyczajniej w świecie usypiają, bo nie ma w nich nic, co przykuwałoby uwagę.

Nie ma więcej wpisów