music is ... muzyka z najlepszej strony.

Binary Beats

MIKROBI.T Binary Beats

Wytwórnia: -
Data wydania: 2014-03-21

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 56 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Słowa te nie będą odkrywcze, bo to co przedstawia sobą trio (i podkreśla w krótkich notach na swój temat) to fascynacja brzmieniem Jona Hopkinsa, projektu Moderat czy specyfiką sceny improwizowanej Matsa Gustafssona. I nawet jeśli rzeczywiście Berlin Live przepełnione jest bitami spod znaku analogowych rytmów niemieckiego zespołu, a sam utwór perfekcyjnie oddaje charakter tytułowego miejsca, to nie da się oprzeć całości Binary Beats tylko na tym porównaniu.

Pewien niepokój i mrok jaki wywierają nu-jazzowe odniesienia zaklęte w saksofonowych popisach, bliższe są raczej stylowi jaki obrał sobie czeski instrumentalista o pseudonimie Floex. Natomiast tak wyraźnych granic pomiędzy własnym, a brzmieniem Moderata czy szorstkością i nieprzewidywalnością struktur Jona Hopkinsa nie ma tutaj wiele. No, może poza utworem tytułowym, którego połamany rytm i częsta zmiana tempa powoduje kilkukrotne grzęźnięcie w tej formule, by za chwilę wzbić się ponownie do lotu, zająć odpowiednie tory.

Syntezatorowy szum skwapliwie zastępuje tu motyw przewodni kolejnych żywych instrumentów do całości dodając chociażby perkusję i gitarę. W tej kwestii najciekawiej prezentuje się  Orbital Tribe oraz rozbudowane, progresywne Nordic Heartbeat, które przekształca się w coś więcej niż tylko słyszalną z początku chłodną pulsację podkładów. Nieco cieplej robi się przy egzotyce rytmu Neutrino Happy Boy, oraz w jedynym wzbogaconym o wokal utworze, jakim jest XYZ free diving. Występ Michała Kowalonka robi tutaj swoje, bo porównanie wersji instrumentalnej jak i tej z liderem Snowmana, jest znaczące. A sam singiel to bardziej podejście do współczesnej klubowej elektroniki, niż formy eksperymentatorskiej, jaką w całej reszcie Mikrobi.t przedstawia. Zresztą, to chyba jedyny tak zaaranżowany utwór, w którym kwestia wokalna jest rzeczą niezbędną.

Poza tymi dwoma dość przeciętnymi pozycjami, nie można temu debiutowi odmówić świetnego doboru stylistycznego, muzycznej pasji, werwy i umiejętności. Nawet, jeśli w czasie tych improwizacji dwa tony zdają się być nie takie jak powinny. Bo pomijając wszelkie drobne mankamenty, Szawara, Biel i Karpiński nie tworzą innowacji, lecz raczej starają się stworzyć odrębną, wolną od wszelkich porównań przestrzeń. Wystarczy dokładnie wsłuchać się w perfekcję siedemdziesięciu sekund Komedy, aby wiedzieć, że trio ma przed sobą przyszłość. A to przecież dopiero pierwszy utwór.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...