Klub Lizard King po raz kolejny miał okazję gościć zespół Sorry Boys w swoich podwojach. Po pięciu miesiącach grupa postanowiła kontynuować trasę promującą album Vulcano zahaczając również o Kraków. Nie wiem jakie ludzie mają wyobrażenia o istocie koncertu notabene rockowego, ale większość publiki rozpoczęła go na siedząco. Zrzucę to na specyfikę miejsca. Dać ludziom krzesła to usiądą, taka bezwiedna (choć dziwna dla mnie) tendencja. Na szczęście jednak w porównaniu do listopadowej imprezy zachęta od wokalistki wystarczyła aby uwolnić w ludziach pokłady energii i koniec końców przed sceną zostały uskutecznione prawdziwe tańce na wulkanie.

Co do samej setlisty, na początek, poza otwierającym This New World, grupa zaserwowała zestaw utworów z pierwszego albumu Hard Working Classes. Zawiało więc nieco chłodem, a ściany gitar elegancko dały o sobie znać choćby w Salty River. Wiernych fanów z pewnością ucieszył nie grany ostatnio Caesar On Fire. Z innych smaczków, ponownie można było ułyszeć cover Ain’t No Grave Johnny’ego Casha. Utwór w wersji Sorry Boys ma niezłą siłę rażenia.

Niemniej jednak koncert odbył się podczas trasy promującej album Vulcano i to ten krążek zdominował koncert. Drugi album Sorry Boys rzeczywiście kipi emocjami i wydaje się być bardziej wyrazisty niż debiut. Nie mówiąc już o koncertowych wykonaniach, które otwierają nowe przestrzenie i przekonują mnie do zespołu dużo bardziej niż płyty. Fantastycznie brzmi Evolution, w którym publika mogłaby zmienić się w anielskie chóry skandujące refren. Podczas utworu tytułowego nogi zaczynają odczuwać rytm szybciej niż człowiek o tym pomyśli, z drugiej strony miłą odskocznię daje subtelne Back To Piano gdzie główną rolę gra głos Beli Komoszyńskiej.

Wokal i charyzma Beli to kwestia na osobny akapit. Swoboda z jaką śpiewa i charakterystyczna barwa stanowią o wyjątkowości grupy. Głos z jednej strony kruchy, z drugiej strony tnący twarde powierzchnie jest świetnym uzupełnieniem instrumentalnych wysiłków reszty grupy.

Jeżeli miałabym wyróżnić jeszcze jeden koncertowy wycinek, to postawiłabym na Dagny. Ta, jak sami rzekli, najbardziej krakowska piosenka Sorry Boys, opowiada o relacji Stanisława Przybyszewskiego i Dagny Juel. Może to kwestia odbijającego się po ścianach echa historii lub po prostu świetnie prowadzonej perkusji, że utwór zabrzmiał tak wyjątkowo.

Piętnastoma utworami Sorry Boys zaskarbili sobie ogromną przychylność publiki, która nie pozwoliła im zejść na długo ze sceny, co w efekcie dało dwa bisy (i kolejne cztery piosenki). Koncert uwieńczyło powtórzone po raz drugi Vulcano, a entuzjazm po obu stronach sceny prawie nie mieścił się w przestrzeni klubu. Wyczerpujący występ nie przeszkodził zespołowi wyjść do fanów zaraz po zakończeniu i wysłuchać ich uwag. Atmosfera wzajemnej wdzięczności to z pewnością najbardziej pożądany efekt końcowy niedzielnej imprezy. Dołączę się więc mówiąc, że takie wieczory to czysta przyjemność. Wracajcie szybko!

Nie ma więcej wpisów