Tym razem nie książka, a płyta. Dorota Masłowska z uwagi na nienawiść do literatury zaangażowanej uraczyła słuchaczy dosyć osobliwym materiałem. Właśnie dlatego powstał Mister D. i debiutancki album. Gdyby rzucić się na opis tej płyty tylko jednym słowem, byłoby okrutnie ciężko wybrać te, które pasuje najlepiej. Zaczynając od słów takich jak ironia, pastisz, kabaret, należałoby nagle zmienić kierunek, bo Społeczeństwo jest niemiłe to materiał, który jest podobno stworzony „na poważnie”. Kto zatem płytę słyszał, mógł wybrać określenia jak chociażby paradoks czy sprzeczność. Ja zostanę przy stwierdzeniu – ciekawostka.

Singiel, który pojawił się jako pierwszy, sprawił, że byłem bardzo ciekawy tego, co przyniesie płyta. Chleb, bo o nim mowa, był dziwny. Intrygujący co prawda, ale jednak dziwny. Ciekawiło mnie to, czy ten styl śpiewu, głos i wymowa to na poważnie? Czy wszystkie teksty będą podobnie napisanie? Podobały mi się niektóre stwierdzenia, a niektóre zbyt podwórkowe odrzucały – fragment o mega słodkich maskotkach zawierał i jedne i drugie, więc jest całkiem dobrym przykładem.

Po pierwszym przesłuchaniu płyty śmiało mogę stwierdzić, że jest to jeden z najważniejszych albumów tego roku – drugi taki pewnie już do 2015 nie powstanie. No i oby tak się stało, bo w tym tym przypadku najważniejszy nie znaczy dobry. O ile moje podejście do tego albumu nie było takie serio, na poważnie, to i tak cała płyta to trochę za dużo.

W piosenkach Masłowskiej usłyszeć można o wszystkim – o trudach bycia żoną piłkarza, córką Rydzyka, o celebrytach, ale też o pogoni za pieniędzmi, czy losie prostytutek i alfonsów. W sumie trochę o wszystkim i trochę o niczym. Teksty momentami pisane są zbyt prosto, by nie powiedzieć prostacko. Ma to w pewnych momentach swój urok, szczególnie bliski fanom twórczości Doroty, jednak całkiem szybko zaczyna męczyć. Piosenki, które miały potencjał, stawały się przez to tylko kolejnym punktem na liście ciekawostek z płyty. Moim zdaniem najniekorzystniej wpłynęło to na utwór Kinga. Dobre pierwsze wrażenie szybko minęło, gdy dostałem nazwisko owej Kingi, jak na tacy. Przez to całość stała się już zbyt absurdalna i przy kolejnych przesłuchaniach wręcz czułem te zaciskające się uda ma mojej szyi…

Momenty, które ratują całe wydawnictwo można streścić w trzech dobrych punktach. Co więcej, śmiało mogę powiedzieć, że mi się podobają i słucham ich z chęcią. Każdy z nich traktuje o innych rzeczach i każdy utrzymany jest w odmiennej stylistyce. Energetyczny i prześmiewczy Hajs, który bez internetowego teledysku nie traci na swojej mocy, ciekawy i lekko tajemniczy Zapach Boga oraz zupełnie niepasująca do całej płyty Czarna Żorżeta, to właśnie mocne punkty. Niestety te utwory się kończą, a na ich miejsce przychodzą inne, jak chociażby infantylny, uzupełniony dziecięcymi chórkami Prezydent.

Dorota jest świetną pisarką, jednak muzycznie trochę przesadziła. Pomimo tego, że spodziewałem się czegoś szalonego, dziwnego i może komicznego, to i tak album w dużej mierze mnie rozczarował. To nie jest tak, że jestem niemiły jak społeczeństwo. Po prostu zabawnych momentów było kilka, dziwactw aż nadto. Muzyczna prostota wypełniona jest przekombinowanymi tekstami. O ile wokal Doroty brzmi nawet słodko po przesłuchaniu jednego utworu, to całość jest bardzo męcząca. Ciężko tej płyty słuchać na okrągło, niełatwo też wysłuchać jej do końca. Należy ją potraktować raczej jako ciekawostkę, na której można znaleźć kilka dobrych momentów.

Nie ma więcej wpisów