Nazywani są najlepszym polskim towarem eksportowym. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych znów wychodzą na scenę i prezentują nową twarz zespołu. Nam po koncercie w Scenie Muzycznej Gdańsk opowiedzieli o American Dream i jego fazie REM.

musicis.pl: Dawno Was w Trójmieście nie było. Jak wrażenia po występie?

Łukasz Lach: Faktycznie, ostatnio sporadycznie graliśmy koncerty, więc każdy powrót na scenę jest dla mnie bardzo pozytywny. Cieszę się z odbioru, bo Gdańsk nas bardzo miło powitał i pożegnał.

musicis.pl: Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych podkreślaliście, że teraz macie zupełnie nową energię. To jest właśnie to nowe L.Stadt?

Ł.L: To jest jeszcze inne L.Stadt. Tak naprawdę całym podsumowaniem epizodu amerykańskiego jest EP-ka You Gotta Move wydana w październiku minionego roku. Opowiadając te wszystkie historie o Ameryce, tak naprawdę mówimy o czasie, który był jakieś 2- 3 lata temu. Przez ten czas zespół przeszedł kolejną metamorfozę. You Gotta Move zamknęliśmy pewien etap. Teraz jesteśmy na etapie tworzenia nowego, autorskiego materiału. Jeszcze nie wiemy jaka ta nowa energia będzie. Czuję, że przepoczwarzamy się z larwy – może teraz będzie to motyl albo ważka?

musicis.pl: Czy nowe L.Stadt będzie takie, jak w nowym utworze We wanna dance, który dziś usłyszeliśmy?

Adam Lewartowski: Tak, myślę że nowe L.stadt będzie trochę jak We wanna dance – trochę taneczne, na pewno bardziej pozytywne. Chcielibyśmy właśnie taką energię przekazać – mało depresyjną. Biorąc pod uwagę to, co udało nam się już zrobić, myślę, że jest na to szansa. Cały czas pracujemy nad tym, żeby tę nową płytę skończyć, bo nie ma nic gorszego niż przygotowywanie dania. Lepiej już zjeść tę zupę! (śmiech).

musicis.pl: Na jakim etapie przygotowań nowego materiału jesteście?

A.L: Jesteśmy już po nagraniu najważniejszych rzeczy, ale przed miksami. Jeszcze produkcja i kilka kosmetycznych rzeczy, żeby brzmiało to tak, jak sobie wymarzyliśmy. Wiadomo, że teraz trzeba przerwać ten proces, aby nie przedobrzyć. Jesteśmy dobrej myśli. Teraz musimy to jeszcze dobrze wysmażyć z dwóch stron (śmiech).

musicis.pl: Jakieś terminy?

Ł.L: Nie, nie podajemy żadnych terminów. Tak naprawdę ten etap jest najtrudniejszy. Przede mną nagrywanie wokali, więc wszystko jeszcze może się z tymi piosenkami stać. Nie chcemy mówić o żadnych terminach, bo popełnialiśmy ten błąd już kilka razy. Tak naprawdę może się jeszcze okazać, że dużo trzeba będzie poprawić.

musicis.pl: Od wydania EP-ki minęło pół roku. Wybraliście na nią materiał z repertuaru artystów, którzy są lepiej znani w pewnych kręgach w Stanach Zjednoczonych niż u nas. Zależało Wam bardziej na przybliżeniu ich twórczości polskiej publiczności czy raczej pokazaniu siebie w nieco odmiennej stylistyce?

Ł.L: Nie robiliśmy kalkulacji. Cieszę się, że finalnie mogliśmy przedstawić sylwetki tych postaci w Polsce. Tak naprawdę Ci artyści nie są do końca znani nawet w Stanach. Na przykład Jim Sullivan to postać zupełnie niszowa.
A w momencie, kiedy takie piosenki osiągają jakiś sukces i ludzie fajnie na nie reagują, to jest mi miło, że mogę zrobić przysługę artyście zapomnianemu czy niezauważanemu. Uważam, że to są świetne płyty i cudowni wykonawcy.

musicis.pl: A jaki był klucz doboru artystów?

Ł.L: Kluczem była chęć nagrania ładnych piosenek, które zawsze lubiłem, które wiążą się z miejscem, w którym ją nagrywaliśmy, z ludźmi, których tam poznaliśmy. Za każdą z tych piosenek stoi osobista historia. Pomimo tego, że są to covery i płyta była nagrywana poza Polską, to jest ona bardzo osobista.

musicis.pl: Te piosenki są jakoś szczególnie dla Was ważne?

Ł.L: Tak, ja czuję się z nimi bardzo związany, jest ona mi bardzo bliska. W przypadku Towens’a Van Zandt’a poznaliśmy nawet jego syna, więc mamy naprawdę osobiste związki z tymi piosenkami. Podobnie jest z zespołem Big Star i utworem Take Care, który zamieściliśmy na płycie. To piosenka, którą zaczęliśmy grać jakieś 5 lat temu, więc długo nam towarzyszy. Później mieliśmy ją grać przed zespołem Big Star w 2010 roku na festiwalu SXSW, ale okazało się, że Alex Chilton zmarł, więc tym bardziej stało się to dla nas ważne. Za każdą z nich kryje się historia.

A.L: Dla mnie ta płyta jest upamiętnieniem inspiracji, jaką jest Teksas. To samotna gwiazda, państwo w państwie ze specyficzną mentalnością ludzi, którzy wydają się być oschli i zamknięci. Dopiero poznając ich lepiej widać, jacy są ciepli i otwarci. Można tam spędzić pół życia przemieszczając się od znajomych do znajomych – to piękne! Ameryka wydaje się być płytka, a nie jest. Jest zupełnie inna niż Europa – oczywiście na swój sposób. Ma swoją kulturę, która przejawia się właśnie w postaci takich artystów, songwriterów, którzy podróżowali i całym swoim życiem dawali świadectwo temu, o czym śpiewali. Nie zrobili wielkiej kariery, nie zostali wypromowani przez wytwórnie fonograficzne, ale pozostawili po sobie wiele płyt i w świadomości ludzi są po prostu ważni. Fajnie było spotkać ludzi, którzy ich znali osobiście. To fantastyczne uczucie.

musicis.pl: Będąc w Teksasie, występując przed tamtejszą publicznością czuliście się tak samo dobrze, jak podczas występów w Polsce?

Ł.L: Zupełnie inaczej. Tak naprawdę graliśmy dla publiczności, która nigdy nie słyszała o L.Stadt i w żadnej sposób nie utożsamia się z naszymi piosenkami i naszą emocją. A jednak ta muzyka, którą tworzymy była dla nich na tyle wyrazista, że spodobała im się i ten odbiór w Stanach był dla nas niezwykle zaskakujący. To dodało nam skrzydeł.

music.pl: A jak się gra koncerty za kratami? Zdarzyło się Wam?

L.Ł: Na szczęście nie! Ale graliśmy w klubie, w którym spokojnie można byłoby grać za kratami, bo wyglądał dość groźnie. Jak się później okazało poznaliśmy tam fantastycznych ludzi , którzy dobrze zareagowali na nasza muzyką pomimo tego, że na co dzień w tym miejscu gra się tylko dwa gatunki: country i western.

music.pl: Do którego jest Wam bliżej?

A.L: Western! (śmiech) Wiesz, tam ludzie mają broń, szczególnie kowboje. Patrząc na nich nie czuliśmy się bezpiecznie, ale przynajmniej nauczyliśmy się praktycznych rzeczy, jak na przykład strzelania.

musicis.pl: Grywając na festiwalach w Teksasie, braliście udział w tak zwanych showcase’ach. Mieliście niewiele czasu na zaprezentowanie się od jak najlepszej strony. Jaka była Wasza metoda?

Ł.L: Jakby prześledzić nasze płyty, to można zauważyć, że są one krótkie. Wychodzimy z założenia, że łatwiej
w takich krótkich formach zawrzeć pigułę energetyczną. Nigdy nie robiliśmy długich piosenek, dlatego dobrze się odnajdywaliśmy. To było bardzo mobilizujące, bo grając dla ludzi, którzy nie znali zespołu musieliśmy dać z siebie wszystko i sprawić, żeby ludzie nie tylko zwrócili na nas uwagę, ale też polubili i chcieli więcej.

musicis.pl: Zamierzacie wrócić do Teksasu z nowym materiałem?

Ł.L:
Nie wiem, na razie nie mamy żadnych amerykańskich planów. Teraz koncentrujemy się na skończeniu płyty, chcielibyśmy wrócić do koncertowania w Polsce, pokazywać się też na zagranicznych letnich festiwalach. Mamy już kilka koncertów zabukowanych, m.in. w Niemczech. Ten amerykański sen trwa, ale teraz jesteśmy w stanie rem.

musicis.pl: Często mówi się o Was, jak o najlepszym polskim towarze eksportowym. Jak to wygląda z Waszej strony? Faktycznie macie wrażenie, że idzie Wam lepiej za granicą niż innym polskim zespołom?

A.L: My, jako Polacy, musimy nauczyć się wspierać. U nas dominuje brak solidarności, u Polonii także. Myślę, że każdy walczy o swoje, każdy zespół to jest inna historia. My kibicujemy wszystkim polskim artystom, którzy wyjeżdżają i próbują coś osiągnąć. Chcielibyśmy, żeby oni życzyli nam tego samego – połamania gitar i popękania strun.

musicis.pl: W Waszym przypadku można sparafrazować piosenkę Hey i powiedzieć, że jesteście zbyt amerykańscy dla Europejczyków, a dla Amerykanów zbyt europejscy?

Ł.L: (śmiech) Tak, ja sam też tak często mówię. Nie wiem czy faktycznie tak jest, ale zawsze nam się wydawało,
że mamy jednak amerykańskie brzmienie i zawsze nam to powtarzano, kiedy grywaliśmy gdzieś w Europie. A jak pojechaliśmy do Ameryki, to się okazało, że jesteśmy dla nich kwintesencją europejskości.

musicis.pl: Podczas nagrań do ostatniej długogrającej płyty EL.P współpracowaliście z Mikael’em Eldridge’em. Czy teraz macie już plan komu chcielibyście powierzyć nowy materiał?

Ł.L: Podczas ostatnich nagrań w Polsce, zaprosiliśmy do studia osobę, która miksowała EP-kę You Gotta Move – francuza, który przyjechał z Paryża, żeby opiekować się tymi piosenkami. Takiej osoby z zewnątrz potrzebowaliśmy, która świeżym uchem zaangażowałaby się w kwestie brzmieniowe. Teraz sami produkujemy ten materiał, kombinujemy i myślimy jak ubrać te piosenki w taka formę, która nas zadowoli.

musicis.pl: Można się spodziewać kolaboracji z innymi muzykami?

A.L: Myślę, że nie. Ta płyta raczej w całości będzie tylko „nasza”.

musicis.pl: Łukasz, Twoja przygoda z muzyką rozpoczęła się od spotkania z Bobem Dylanem 20 lat temu. Czy teraz też zagrasz w jego garderobie, ale już z całym zespołem?

Ł.L: (śmiech) Tego nie wiem, ale chciałbym bardzo zobaczyć ten koncert.

A.L: Ja bardzo chętnie! Jak będzie trzeba to zagramy Bobowi specjalny koncert. (śmiech)

musicis.pl: W takim razie trzymamy kciuki za specjalny występ dla Boba Dylana. Dziękuję za rozmowę.

L.Stadt: Dziękujemy!

Nie ma więcej wpisów