Piątka filmowców z Breton decydując się na pójście muzyczną ścieżką, chyba nie do końca wiedziała dokąd ta ich zaprowadzi. Przygodę z dźwiękami rozpoczynali od tworzenia eksperymentalnej muzyki do nakręconych przez siebie filmów. Potem improwizacje zaczęły się rozwijać, aż w końcu przybrały kształt dwóch albumów.

Po dobrze przyjętym debiucie panowie odchodzą od mocno elektronicznych brzmień na rzecz bardziej melodyjnych utworów. Ich najnowszy album War Room Stories to zbiór 10 numerów skrojonych na miarę letnich festiwali. Jest energicznie, pozytywnie i tanecznie, czyli tak, jak w takich miejscach być powinno. Potwierdzenie tego znajdziemy już w otwierającym krążek Envy. Pierwszoplanowe klawisze to element, który nadaje krążkowi subtelności, a którego na debiucie z całą pewnością zabrakło. Dodając do tego ksylofon, tworzymy numer mocno wpadający w ucho.

Środek albumu wypełniają kompozycje nieco wolniejsze i bardziej nastrojowe, ale w dalszy m ciągu niezwykle melodyjne. I tu w jednym szeregu możemy postawić Closed Category dodatkowo wzbogacone partiami smyczkowymi, czy National Grid i Brothers. Takie zestawienie daje nam lekkie zwolnienie tempa przed zamykającym krążek Fifteen Minutes – równie energicznym, co Envy.

I choć tempo zmienia się kilkakrotnie niemal w każdym utworze , to album byłby dość spójny, gdyby nie czarna owca w postaci Got Well Soon. Mocno transowa, gęsta i duszna kompozycja, przeładowana bitami i efektami. Jedyny taki numer na płycie, który dla jednych może być wyrazem doskonałej umiejętności łączenia brzmień, dla innych przekombinowanym nadmiarem dźwięków, nie mającym żadnego punktu odniesienia.

Album nagrywany był w niedziałającej od dawna starej niemieckiej rozgłośni radiowej. Muzycy chcieli zachować analogiczne brzmienie instrumentów i opuszczonego budynku. Podobno w Fifteen Minutes słychać dźwięki wydawane przez insekty zamieszkujące budynek stacji radiowej. Niestety, wszystko to, co mogło nadać wyjątkowego charakteru tej płycie, zostało stłumione przez elektroniczne elementy i ingerencję producenta. I choć zdecydowanym plusem tego krążka może być wyjątkowo wyraźny i nie schowany już za efektami wokal Romana Rappaka, to jednak zbyt wiele jest momentów, w których ma się wrażenie, że to już gdzieś było (np. u Foals).

W większości jednak krążek dostarcza nam porcję dobrze wyprodukowanych, spójnych i różnorodnych zarazem utworów, które spokojnie mogą się sprawdzić jeśli nie na festiwalu, to przynajmniej w drodze na niego.

Nie ma więcej wpisów