Grupa Cut Copy podczas trasy promującej album Free Your Mind przemierza najróżniejsze zakątki świata – od rosyjskiego Jekaterynburga, po stolicę Dominikany – Santo Domingo. Na wyjątkowo zróżnicowanej i długiej liście krajów i miast znalazła się również Warszawa i klub Basen, który we wtorkowy wieczór zgromadził fanów tanecznej muzyki prosto z Australii.

Sam zespół to czwórka wyjątkowo sympatycznych i otwartych chłopaków, o czym mogło przekonać się kilkoro szczęśliwców podczas krótkiego Meet&Greet. Pozytywne wrażenie jakie sprawiają po wymianie kilku zdań, koreluje się z muzyką, którą tworzą, pełną australijskiego słońca.

Wracając do rzeczy, w oczekiwaniu na Cut Copy gromadzącą się publikę powitały dźwięki produkowane przez duet Novika i Mr Lex, czyli część kolektywu Beats Friendly, obchodzącego w tym roku dziesięciolecie działalności. Podrzucane elektroniczne brzmienia przetaczały się po pustawym Basenie. Przestrzeń wypełniła się dopiero na kilka chwil przed wyjściem gwiazdy wieczoru.

Kwartet zaczął, może trochę zbyt niepewnie, utworem We Are Explorers z najnowszego krążka, ale po wybadaniu możliwości publiki, show zaczął podążać w bardzo dobrym kierunku. Kolejne kawałki, wszystkie stworzone do skakania i podrygiwania, wkrótce rozbujały cały parkiet. Wszystko po to by, gdy zaczynało się już robić naprawdę gorąco, padł sprzęt, a właściwie jedna z gitar Tima Hoey’a, pozbawiając fanów utworu So Haunted. Z drugiej strony jednak kilkuminutowe zamieszanie wyszło muzykom na dobre, bo panowie zaczęli ze zdwojoną siłą i nieprzewidziane w setliście Feel The Love zabrzmiało znakomicie. Natomiast Let Me Show Your Love, które nieszczególnie lubię, hipnotyczną wizualizacją i gęstością dźwięku zdecydowanie zyskało na jakości, stanowiąc jeden z najlepszych punktów występu.

Jak muzycy sami powiedzieli, podczas koncertu nie da się do końca wyzbyć lekkiej tremy, jednak po latach grania dochodzi się do wprawy. Widać było, że cała czwórka bardzo swobodnie czuje się na scenie. Wokalista Dan Whitford, ze swoim ulubionym gestem unoszenia rąk w górę, wyglądał co najmniej jakby prowadził jakieś wyjątkowo szalone spotkanie modlitewne. Z kolei sceniczne ruchy jakie prezentuje Tim Hoey, czy to nad samplerem z ręcznikiem na głowie, czy z gitarą w dłoni, nie mają sobie równych (końcówka Nobody Lost, Nobody Found, cóż on tym swoim wiosłem nie wyczyniał!) Tym bardziej szkoda, że finałowe Lights & Music musiał spędzić ponownie walcząc z niedziałającą gitarą. Może to kwestia miejsca w którym stałam, lecz gdy cały tłum dał się porwać szalonej finałowej zabawie, ja widziałam jedynie zdesperowanego muzyka, próbującego robić dobrą minę do złej gry. Niemniej jednak ziemia drżała pod stopami tańczących, a i gardła wszystkim porządnie się zdarły podczas bodaj największego hitu grupy.

Choć widownie krzyczała Hearts on Fire, na deser popłynęło Need You Now, ostatecznie wieńcząc koncert. Techniczne potknięcia, choć rozbiły dynamikę występu, nie odebrały Cut Copy uroku. Podczas tego zdecydowanie za krótkiego spotkania, można było zanurzyć się w atmosferze przywołującej na myśl słoneczny dzień w środku lata. Nogi w ruch, uśmiech na twarzy i nic więcej nie potrzeba. Podśpiewując za Australijczykami – Into to the night, Into forever, Let’s come together. – dałabym się prowadzić jeszcze długo. Wracajcie prędko Panowie!

Nie ma więcej wpisów