Ilość projektów, w które zaanagażowany był i jest Damon Albarn, pozwala przypuszczać, że należy on do najbardziej zapracowanych mieszkańców Londynu.  Po rozpadzie Blur próbował on już niemal wszystkiego – od elektropopowego projektu firmowanego przez animowane postaci, przez nagrywanie z muzykami z Mali, aż po tworzenie soundtracku do opery. Po drodze przydarzył mu się również epizod odwołujący się do britpopowych korzeni o nazwie The Good the Bad and the Queen.

W planach są kolejne pomysły, takie jak nagranie czegoś z dawnym wrogiem a obecnie dobrym kumplem – Noelem Gallagherem. Jedynie o powrocie na łono macierzystej formacji póki co nie ma mowy. Pomimo takiego urodzaju projektów, tym który przetrwał próbę czasu jest jedynie Gorillaz, aczkolwiek to najnowsze solowe wydawnictwo także ma szansę zająć wysokie miejsce w hierarchii.

Fascynacja afrykańską muzyką to nic nowego w przypadku lidera Blur, ale Mali Music było bardziej nagraniami tamtejszych muzyków firmowane nazwiskiem słynnego artysty, niż jego własny materiał. Everyday Robots to stuprocentowa twórczość Albarna, jego najbardziej osobisty album. Wciąż jednak Afryka jest tu obecna (podobno za sprawą Briana Eno), co słychać w sekcji rytmicznej, a przede wszystkim instrumentach perkusyjnych takich kawałków jak Lonely Press Play czy Mr. Tembo. Jednym z najbardziej dynamicznych fragmentów albumu jest moment przejścia pomiędzy tymi dwoma utworami, kiedy tempo przyspiesza i rozlega się radosny dźwięk ukulele.

Everyday Robots jest sumą dotychczasowych doświadczeń dojrzałego muzyka, jest tu mnóstwo nostalgii. W Hollow Ponds padają wymowne słowa: Modern life was sprayed onto a wall in 1993, a w tle słychać odgłosy z podwórka przy dawnej szkole artysty. Na albumie znalazło się również miejsce dla chóru z kościoła z jego rodzinnej miejscowości.

Opowiadanie historii w pierwszej osobie to coś zupełnie przeciwstawnego do Parklife czy Modern Life Is Rubbish, ale podobnie jak na tamtych albumach, znajdziemy tu krytykę współczesnego społeczeństwa zbytnio przywiązanego do nowoczesnej technologii (We are everyday robots on our phones). Wraz z tytułem jednego z najlepszych tekściarzy w Anglii Albarn dba o słowa, tak skupiając się na tekstach chwilami gubi melodię i popada w zbytnią monotonię, przez co druga połowa płyty może powodować mimowolne znudzenie.

Krążek zawiera jednak kilka pięknych, wyjątkowych fragmentów, a jednym z nich jest Hostiles, gdzie Albarn w tle kołyszącego rytmu i delikatnie dzwoniących klawiszy poszukuje rozwiązania na nieporozumienia w związku (hoping to find the key to this play of communication between you and me). Kolejne bardzo osobiste teksty towarzyszą The Selfish Giant oraz You & Me – oba kawałki są ponad dziesięciominutową kulminacją nostalgii wspartą unikalnymi partiami klawiszy i gitarą, która mimo że nie należy do Grahama Coxona, to brzmi równie czarująco.

Na sam koniec tak starannie pielęgnowany przez kilkadziesiąt minut smutek ustępuje miejsca odrobinie optymizmu. Ten przynosi wokalny udział Briana Eno w Heavy Seas of Love, na który składa się przewrotny tekst: when the world is too tall, you can jump, you won’t fall, you’re in safe hands.

Na pierwszy prawdziwie solowy krążek wokalisty Blur przyszło nam czekać wiele lat, ale za to dostaliśmy dzieło przemyślane i dojrzałe, bardzo intymne, pozwalające nam zajrzeć w głąb jego autora. Muzycznie jest to synteza wszystkiego czym Albarn przez lata się zajmował, począwszy od pewnej dawki Gorillaz czy obecnych już wcześniej afrykańskich wpływów. A jednak pomimo wielu kierunków, które w swoim życiu eksplorował, najwięcej jest tu Blur – bo i to chyba zawsze było dla niego najważniejsze.

Nie ma więcej wpisów