Coraz częściej na różnych koncertach i festiwalach można spotkać ludzi w czarnych koszulkach z napisem SUB POP. Wytwórnia ta jest już marką samą w sobie, i wielu artystów chce naleźć się pod jej skrzydłami. Nie ma się czemu zresztą dziwić, bo to właśnie ta wytwórnia wylansowała Nirvanę, The Shins, a obecnie wydaje płyty Beach House czy Fleet Foxes. Czy więc ryzykowne jest wydawanie płyty reaktywowanego rok temu Afghan Whigs? Dla Sup Popu chyba bardziej liczą się sentymenty niż pieniądze. Oczywiście to dobrze, że jest jeszcze ktoś kogo nie zaślepia pieniądz, ale powiedzmy sobie szczerze – nikt nie wyczekiwał tego krążka, bo jakoś koszulek Afghan Whigs jeszcze nie widziałem.

Słów kilka o samej wytwórni. Zrodziła się w okresie grunge’u i początkowo wyszukiwała kapele o tej charakterystyce. I tak w 1990 pojawił się drugi album Afghan Whigs (pierwszy wydany własnym kosztem) Up in it pod sztandarem Sup Popu. Później dostaliśmy Congregation i przygoda z tą wytwórnią się zakończyła. Zespół nie chciał już grać punk-rocka w wymiarze lo-fi, a rockowo-soulowe ballady z większym instrumentarium. Przyznam szczerze, że żaden z muzycznych etapów mnie nie zachwyca. Byłem jednak ciekawy czy coś się zmieniło.

Po szesnastu latach Greg Dulli i jego kumple (z oryginalnego składu został tylko wokalista i basista) wracają z Do to the Beast. Myślałem, że połączenie się z Sub Pop warunkowane jest powrotem do korzeni, co byłoby dobrą odskocznią od dzisiejszej muzyki przesyconej elektroniką. Ale Afghan Whigs cofnęli się dokładnie o te szesnaście lat. Najnowsze wydawnictwo stylem do złudzenia przypomina 1965 i jest to dobra wiadomość dla zagorzałych fanów (są tacy?).

Pomimo tego, że Afghan Whigs odgrzewa przysłowiowego kotleta, to płyta jest utrzymana na przyzwoitym poziomie. Zespół buduje utwory z myślą o większych scenach, często dodając do gitarowych brzmień pianino czy patetycznie brzmiące instrumenty symfoniczne. W tle dużo się dzieje. Mocnym punktem płyty jest głos Dulliego, który chyba jako jedyna rzecz na płycie ewoluował. Wokalista potrafi płynnie przejść z piskliwego głosu Dicksona z Iron Maiden do głębokiego tembru a la Presley co dokładnie słychać w Algiers.

Jednak płyta niczym nie zaskakuje. Jest to rock, który wybrzmiał nie jeden raz, a udowadnia to The Lottery. Dochodzę nawet do takiego wniosku, że gdyby zamienić głos Dulliego z wokalem Billa Corgana to otrzymalibyśmy średnią płytę Smashing Pumpkins (odejmując oczywiście wszystkie metalowe riffy). Nie wiem po co więc Dulliemu ta reaktywacja (płyta solo, Twilight Singers). Może pomyślał, że skoro Pixies może wrócić na scenę i koncertować, to czemu nie jego zespół.

Większość krytyków muzycznych chwaliła sobie płyty Afghan Whigs. Do tej pory wielu artystów wspomina jak zespół wpłynął na ich twórczość. Jednak to wszystko nie przekłada się na liczbę fanów. Ten krążek na pewno nie powiększy tego grona, ale warto sobie przypomnieć jak się grało 20 lat temu, choćby na chwilę. A powracając do tematu koszulek – oszczędniej jest kupić jedną wytwórni niż 10 z rożnymi zespołami, których nikt już teraz nie zna. Jest to bezpieczniejsze, a do tego będziemy społecznie akceptowani.

Nie ma więcej wpisów