W Poznaniu narodziła się cudowna idea, która w minionym tygodniu przerodziła stolicę Wielkopolski w stolicę młodej, polskiej muzyki.

Festiwal Spring Break to nie tylko ponad pięćdziesiąt koncertów na sześciu scenach w różnych klubach w Poznaniu. To także część konferencyjna, przeznaczona głównie dla wszystkich tych, którzy z muzyką chcą mieć do czynienia na poważnie.

Dla mnie Spring Break był przede wszystkim festiwalem wyrzeczeń – trzeba było naprawdę dobrze się zastanowić co warto zobaczyć, a co można odpuścić. Niestety spotykając znajomych i zdając sobie wzajemnie relacje z różnych miejsc nie obyło się bez westchnień zawodu. I to nie z racji tego, że koncert, na który postanowiłam pójść był słaby – raczej z powodu tego, że koncert, który odbywał się równolegle do niego, był również szalenie dobry. Takie już prawo miejskiego festiwalu. Jednak nie ma na co narzekać, bo formuła półgodzinnych występów w sześciu blisko siebie położonych klubach pozwalała zaczerpnąć naprawdę solidną dawkę porządnie podanej muzyki.

Pierwszy dzień festiwalu pokazał, że brak koncertu w dwóch najbardziej pojemnych klubach nie sprzyja festiwalowiczom – kto próbował dostać się na ostatni koncert dnia, czyli występ młodziutkich The Dumplings, doskonale wie co mam na myśli.

Mimo lekkich niedociągnięć organizacyjnych (wybaczamy – wszak, to dopiero pierwsza i mam nadzieję, że nie ostatnia edycja) uczestniczenie w tym nowym na poznańskiej ziemi wydarzeniu było prawdziwą przyjemnością, oczywiście głównie za sprawą line-upu, który skupił się na prezentowaniu młodych, obiecujących, polskich artystów z całego kraju, a wielu wypadkach trafiło na szalenie dobre muzyczne bomby energetyczne.

W piątek w klubie Dragon zagrali Panowie z Crab Invasion. To zespół, który jeżeli zachowa tempo rozwoju jakie ma obecnie, już wkrótce zacznie zapełniać sale mieszące setki fanów. Jest coś urzekającego i wciągającego w ich muzyce. Ale najważniejsze, że potrafią pisać utwory, które wpadają w ucho – posłuchasz raz i nucisz cały dzień. Po nich, w nowym składzie zaprezentował się znany już poznańskiej publiczności zespół Terrific Sunday. Na razie wygląda na to, że zmiana wyszła panom na plus, a Stefan Czerwiński odnalazł się w zespole błyskawicznie – widać chemię pomiędzy chłopakami, jakby grali ze sobą już od lat. Pamiętam kiedy widziałam ich po raz pierwszy i skupiłam się głównie na świetnym perkusiście, którego gra hipnotyzuje – naprawdę (!) – teraz widzę postępy u całej reszty. Pojawiła się nowa energia, którą wcześniej wydaje mi się hamował stres. Kawałki z ostatnio wydanej EP-ki brzmią na żywo jeszcze bardziej soczyście niż na nagraniu – warto znać. Równie energetyczny koncert dał kolejny poznański skład – Hello Mark, który pokusił się o zaprezentowanie odrobiny nowego materiału. Szalone tańce Oskara jednak wygrały wszystko! Publiczność przy pierwszym utworze jedynie nieśmiało tupała nóżką – pod koniec występu już szalała razem z muzykami. Meskalinę do czerwoności rozpalili jednak panowie z Magnificent Muttley – widziałam ich już… wiele razy, jednak nie potrafię sobie odmówić ich koncertu kiedy grają gdzieś pod ręką. Jeszcze nie zdarzyło się, żebym wyszła z któregoś zawiedziona i tym razem jest podobnie – to co hula na scenie podczas ich grania to coś więcej niż tylko energia. W dodatku to kolejny zespół, który hipnotyzuje za sprawą swojego perkusisty – nie wiem czy się w tym momencie nie zapędzam za bardzo, ale obecnie jest to najlepszy młody perkusista w kraju. Olek, chapeau bas!

Wieczorem przyszedł czas na gwiazdy festiwalu – pierwszą i jednocześnie tą, która zdaje mi się zgromadziła największą publiczność był były lider Myslovitz, Artur Rojek. Z pewnością znaczna większość festiwalowiczów poszła na jego koncert z tego samego powodu, z którego ja się na nim znalazłam. Ciekawość. W końcu jego solowa płyta to (w wersji tekstowej) majstersztyk. Przyznaję, że osobiście za stylem śpiewania Pana Artura nie przepadam i nigdy nie przepadałam, zwyczajnie mi nie leży. Jednak kiedy na sali jako trzeci kawałek zabrzmiała Beksa, muszę z pokorą przyznać – ten facet wie co robi. Utwór ma naprawdę niezłą moc w wersji live i nie za sprawą soczystego przekleństwa jeszcze mocniej zaakcentowanego niż na płycie. Wiem, że to nie zmieni na dłuższą metę mojego podejścia do jego muzyki i nie zacznę nagle się zasłuchiwać w całej jego twórczości, ale teraz wiem, że można ulec jego czarowi.

Klub Blue Note natomiast rozgrzała formacja Sorry Boys, która po wydaniu Vulcano wciąż intensywnie koncertuje. Spring Break był ich ostatnim przystankiem wiosennej trasy i jak przystało na finał, zagrali tak, że szczęka opada. Zespół jest w znakomitej formie koncertowej, a kawałki z Vulcano na żywo po prostu miażdżą. Tu nic nie dzieje się przypadkiem – sekcja rytmiczna brzmi fenomenalnie, głos Izy przeszywa ciało wskroś, a gitary dodają całości dodatkowego pazura. Najlepiej, żeby ten koncert nigdy się nie skończył.

Sobota to były spacery na lini Zamek – Kisielice. Niestety tak jak Kisielice to fantastyczne miejsce na co dzień, tak na koncerty… już nie za bardzo. Chyba, że ktoś lubi tak kameralne występy gdzie 12 osób na widowni to już tłok. Tym samym zarówno The Lollopops jak i The Ploy nieco straciły grając akurat w tym, a nie w innym miejscu. Mimo tego, oba składy dały z siebie wszystko. Na przyszłość warto pomyśleć nad wyborem innego miejsca na umieszczenie w nim jednej z sześciu scen festiwalowych.

Zamek tego dnia natomiast tonął w elektronicznych dźwiękach – na dzień dobry, uroczy (dosłownie) występ The Fair Weather Friends doskonale rozgrzał publikę przed kolejnymi artystami. Ciekawa z nazwy kolaboracja Makowiecki + XXANAXX okazała się być w znacznej mierze koncertem XXANAXX. Ci wypadli całkiem nieźle, ale nie powalająco. Szkoda, że Tomek na scenie pojawił się tak późno, nie twierdzę, że miałby być on magicznym sposobem na podkręcenie show, ale z pewnością już od pierwszych dźwięków byłoby to wydarzenie na miarę fenomenu – tak, pozostał jedynie niedosyt, bo mało i krótko.

Strzał w Rasmentalism (Kamp! na żywo zupełnie do mnie nie trafia) okazał się być ciekawym wyborem. Może wytłumaczę – nie słucham hip-hopu, kiedyś dawno temu przeżyłam małą fascynację tym gatunkiem, ale szybko minęła na rzecz gitar i ostrzejszych brzmień, jednak Spring Break dawał tę możliwość, żeby odkrywać rzeczy wcześniej nieznane. Skoro mam już karnet to dlaczego mam ich nie zobaczyć? To co zrobiło na mnie największe wrażenie, to interakcja z publicznością. Chyba żaden artysta, a nawet z pewnością żaden, nie stworzył takiej więzi z fanami jak właśnie Rasmentalism. Publiczność była w pełni dla nich, a oni w pełni dla publiki. Wymiana energii trwała do ostatniego dźwięku. W tym naprawdę było coś niezwykłego – nawet ja to zauważam, mimo, że nadal nie rozbudziła się we mnie miłość do takiej muzyki, ale już drobna ciekawość owszem.

Nadal szalenie żałuję, że nie dotarłam na koncerty Kaseciarza, Oslo Kill City, Bulbwires, Weeping Birds czy Sambora. Jednak jak pisałam wyżej – Spring Break to festiwal wyrzeczeń. Zwyczajnie nie można być w dwóch miejscach na raz, a szkoda.

Podsumowując całe wydarzenie – agencja Go Ahead mimo drobnych potknięć (nieścisłości w rozpisce godzinowej a faktycznym czasem rozpoczęcia koncertów oraz małe opóźnienia) odniosła niemały sukces. Wyprzedane karnety to jedno, ale tysiące zadowolonych ludzi i dziesiątki wspaniałych muzyków bogatszych o nowych fanów i nowe doświadczenia to coś cenniejszego. Impreza ma w sobie ogromny potencjał i wierzę, że zarówno Go Ahead jak i Miasto Poznań dostrzegają płaszczyzny, w których można jeszcze sporo poprawić, ale także dodać! Pierwsze koty za płoty, czekamy na kolejne przesilenie za rok!

Nie ma więcej wpisów