Gdy światło dzienne ujrzała wieść o tym, iż The Fratellis po raz pierwszy i przede wszystkim dopiero teraz pojawią się w Polsce, niektórzy musieli sobie przypomnieć, kim tak naprawdę jest ten zespół. Inni ironicznie pytali Czy oni w ogóle jeszcze żyją?. Okazuje się, że owszem żyją i mają się bardzo dobrze, czego dowód zobaczyć można było ostatnio w Warszawie.

O ile spierać się można o jakość ich ostatnich nagrań (jak dla mnie Costello Music jest bardzo dobrym albumem, ale im dalej tym gorzej), o tyle z pewnością pozostali w świadomości fanów brytyjskiego indie rocka. Mimo tego, że w ostatnich latach było o nich bardzo cicho, zachowana została ciągłość pokoleń i w klubie Basen królowała głównie żądna ekstatycznej zabawy młodzież licealna oraz mniejsza grupka osób, w tym ja, które przyszły prawdopodobnie z sentymentu dla kapeli, której namiętnie słuchało się mając tyle lat, co młodsi towarzysze imprezy.

Bezpośrednio przed gwiazdą wieczoru szansę do zaprezentowania się mieli gdynianie z The Esthetics. Na swoim koncie mają dopiero jeden singiel i wydaną w tym roku EP-kę, w których lawirują po meandrach rocka’n’rolla spod znaku The Hives, a i z The Fratellis znaleźć można jakieś podobieństwo. Swoją okazję wykorzystali doskonale, śmiele i bez skrępowania czy widocznego stresu, czym zaskarbili sobie sympatię publiczności. Zagrali energicznie, czerpiąc przy tym trudno podważalną radość, jak na ludzi z ambicjami i potencjałem przystało.

Punkt 22 na scenie pojawiła się przynajmniej o sześć lat za długo wyczekiwana trójka. Inicjatywa i barierki należały do młodzieży, która od początku podchwyciła skoczne rytmy. Były piski groupies, entuzjastyczne okrzyki, a nawet młyn. Szaleństwo zdawało się nie mieć swych granic. Trochę dalej od sceny, za niewidoczną granicą, widocznie bardziej wycofana „starsza młodzież” rozpływała się w melancholijnych wspomnieniach, w spokoju kontemplując rockowe brzmienia i gitarowe riffy. W setliście nie zabrakło największych hitów, takich jak Whistle For The Choir, Baby Fratelli, Chelsea Dagger, Henrietta, które (może oprócz pierwszego) wypadły wyjątkowo słabo i w porównaniu do płyty bez polotu. Niestety zaklinanie rzeczywistości, po obejrzeniu na YouTube mizernych występów na żywo, nie pomogło.

The Fratellis zagrali praktycznie wszystko, co byli w stanie zagrać, chyba tak długo jak pozwoliły im na to własne organizmy. Dwadzieścia trzy piosenki, w tym aż cztery na bis sprawiły, że grali zdecydowanie za długo. Spośród zaprezentowanego materiału wyróżniały się jedynie przeboje, które i tak jak wspomniałem wykonali mało przekonująco. Śpiewając często nie w rytm, pomijając i urywając wersy. Duża część pozostałych utworów z powodzeniem mogła nie znaleźć się w koncertowym repertuarze, gdyż nie wszystko zasługiwało na uwagę i najzwyczajniej w świecie zlewało się w jedną mętną papkę „na jedno kopyto”, a koncert stawał się nieznośnie nużący. Jak na zespół z takim powerem na płytach spodziewałem się czegoś więcej niż bezrefleksyjnego rżnięcia a’la juwenalia oraz odrobiny więcej ekspresji niż wyuczone zajebista impreza perkusisty.

Nie ma więcej wpisów