Maria Sadowska odniosła niedawno sukces swoim filmem „Dzień Kobiet”. Dziś wspiera jurorsko uczestników telewizyjnego show The Voice Of Poland, wydając jednocześnie kolejny autorski album „Jazz Na Ulicach”. W wywiadzie opowie mi więcej o nagrywaniu tej płyty, propagowaniu dobrej muzyki, roli programów typu talent-show i swoich artystycznych planach.

Po niewątpliwym sukcesie reżyserskim Dnia Kobiet, wróciłaś znowu do muzyki. Interesuje Cię wciąż wiele dziedzin sztuki, w których się wyrażasz. Czy jesteś artystką interdysyplinarną XXI wieku?

Maria Sadowska: Chyba tak. Zawsze sprzeciwiałam się zasadzie, by się jasno określić w jednym tylko kierunku. Nigdy nie popadałam w rutynę i uważam, że poszukiwanie, wymiana myśli, to sens bycia kreatywnym. Ludzie próbowali mnie wprawdzie nawrócić na styl myślenia: rób jedno i trzymaj się jednej ścieżki. Ale to dążenie leży w mojej naturze, zawsze taka byłam i nie zmienię tego. Swoją „wadę” przekułam więc w zaletę. I to dobry pomysł na posuwanie się do przodu. I muszę powiedzieć, że wygrałam na tym, bo to niejako czas nadążył za mną – rzeczywistość się bardzo zmieniła. Kiedyś patrzono by na mnie jak na jakąś wariatkę, która się nie może zdecydować. Ale teraz takie są czasy, że nie można pracować w jednym zawodzie całe życie. Przeżyją ci, którzy są elastyczni i kreatywni. A mnie ciągnie do wielu dziedzin.

Jednocześnie pracujesz ostatnio w programie The Voice Of Poland oceniając debiutujących muzyków. Jak widzisz tam swoją rolę?

Maria Sadowska: Talent shows dały nam wielu interesujących muzyków: Brodka, Zalewski, Makowiecki czy wkraczająca właśnie na scenę Natalia Nykiel. Niekoniecznie są to ci wszyscy, którzy wygrali. To, że tu debiutanci śpiewają głównie pop nie znaczy, że nie nagrają np. dobrej alternatywnej płyty. Oni tu są, by się czegoś nauczyć, to dla nich swego rodzaju szkoła. Jest tu ten duch rywalizacji, ale ona jest nieunikniona, bo płyta danego artysty stanie wkrótce na półce obok innych wydawnictw w walce o słuchacza. Dobry muzyk musi przejść taki etap: musi nauczyć się dobrze śpiewać technicznie na coverach – zanim zacznie pisać swoje własne piosenki, w ten sposób zwiększając szanse, że sam zacznie grać dobre utwory. To dla nich pewien etap – co prawda przyśpieszony. Jestem dobrej myśli – mamy w tym programie wielu utalentowanych ludzi, również takich, którzy sami komponują.

sadowska_3_m

Płyta Jazz Na Ulicach wręcz kipi optymizmem i niespożytą energią. Słuchacz sięga po płytę, ogląda kapitalną okładkę, włącza muzykę i od razu to czuje. Obraz i dźwięk każą porwać się tej energii niemal od razu. Raise Your Hands jest takim hymnem euforycznym, apoteozą radości życia. Jak stworzyliście ten materiał?

Maria Sadowska: Cieszę się, że o tym wspominasz – to właśnie moja ulubiona piosenka. Rzeczywiście w moim życiu wydarzyło się ostatnio dużo fajnych rzeczy: chciałam więc skanalizować, oddać tę energię poprzez muzykę swoim słuchaczom. Chciałam podzielić się swoją radością. Wiele lat pracowałam ciężko, by znaleźć się tu, gdzie teraz jestem i czuję, że się opłacało, że warto było iść naokoło, nie na skróty. Warto było iść pod górę tymi małymi krokami. Złożyło się więc na to kilka rzeczy: moje dziecko – fakt, ze zostałam matką. Moje dziecko pokazało mi bezinteresowną radość, umiejętność cieszenia się z małych rzeczy. Byli to również ludzie, z którymi zetknęłam się podczas podróży po festiwalach filmowych na całym świecie: oni natchnęli mnie wiarą, że można zmienić świat. Trochę byłam też zmęczona poważnymi tematami, z którymi zetknęłam się przy ostatnim filmie. Czuję się na tej płycie trochę jak dziecko, jako osoba która wraca do korzeni. Do zabawy ulubionymi zabawkami. Są nimi jazz i muzyka klubowa – style, na których się wychowałam. Chciałam się poczuć beztrosko, choć czasy są trudne. Dlatego ta płyta jest taka pozytywna. Stąd ma
tyle energii. Ale bywa też gorzka w wymowie, jest jak nagroda na którą się zasłużyło poprzez wiele smutków.

sadowska_4_m

Ja mam nieodparte wrażenie, że ten album – mimo braku na nim raperów – jest hiphopowy, brudny, uliczny w brzmieniu? Mam rację?

Maria Sadowska: To ciekawe, nikt na to wcześniej nie wpadł. Ale przecież muzyka hiphopowa wywodzi się z muzyki funkowej, a funk wywodzi się z jazzu. Jazz nie jest muzyką elitarną. Chcę o tym przypomnieć. Chcę udemokratycznić ten jazz. Chcę, by ludzie nie podchodzili do jazzu tacy najeżeni, uprzedzeni. Nie chcę, by myśleli, że jazz jest trudną muzyką, niezrozumiałą, jakimś zgiełkiem, muzyką wyłącznie dla intelektualistów. Chcę przypomnieć, że kiedyś tak nie było, jazz był muzyką ulicy, muzyką wolności, muzyką dla wszystkich…

Kiedyś jazz spełniał przecież taką rolę jak muzyka house, gdy grany był do tańca… A przy tym był nielegalny w Warszawie z czasów Tyrmanda…

Maria Sadowska: Dokładnie. To jest ten punkt styczności. Kiedyś jazz pełnił rolę, jaką pełnią teraz kluby. Chodziło się na Komedę potańczyć, czy na Sadowskiego na przykład. Była to też muzyka zakazana przez władze, mojego tatę wyrzucono ze studiów za to, że grał jazz. Chcę przypomnieć, ze ten jazz był zepchnięty, usunięty do jakiejś niszy. A był naszym oknem na świat, był muzyką dla wolnych duchem. A my powinniśmy być dumni z tej tradycji. Bo jazz polski i skandynawski wpisał się najmocniej w europejską kulturę jazzową. To coś, z czym mamy wyjść do świata.

Uprzedzasz jedno z kolejnych pytań…

Maria Sadowska: Spójrz, kiedyś studenci tańczyli do jazzu, a teraz częstokroć do disco-polo. Nie idziemy już do przodu, w muzyce masowej zrobiliśmy krok do tyłu. Ja już nie czuję, że jest w nas ta kultura, która powinna być gdzieś tam w nas zaszczepiona. My ją trochę podeptaliśmy, wręcz zniweczyliśmy tę spuściznę. Stąd ma misja, by przypomnieć, że jazz to muzyka energii, radości.

Mnie ciśnie się na usta porównanie nielegalności jazzu do problemów imprez rave z lat 90., gdy kultura klubowa eksplodowała. A wracając do współczesności, to wielkim zaniedbaniem jest fakt, że od lat nie udaje się wygospodarować w Warszawie stosownego miejsca na muzeum polskiego jazzu.

Maria Sadowska: To skandal, że w Warszawie upadł nawet ostatni klub jazzowy i zamienił się w klub go-go. Pokaż mi jakąkolwiek stolicę europejską, gdzie nie ma klubu jazzowego!

Twoje teksty na płycie bywają zawadiacko-socjologiczne w wymowie. Wspomnijmy tu żartobliwe Klikam czy Ludzi. Czy to muzyczny sposób by wyrazić się w sposób filmowy, reporterski?

Maria Sadowska: Dawno już nikt nie zadawał mi tak fajnych pytań, naprawdę! Pewnie widzisz obrazami słuchając tekstów! I dla mnie muzyka to też rodzaj obrazu. Mam własne poczucie humoru i lubię poruszać się w tekstach na granicy prostoty. Czasem nie operuję wyszukanymi metaforami, proste rzeczy są trudniejsze.

Fascynowała Cię kiedyś europejska scena acid-jazzowa: Gallliano, Brand New Heavies, Incognito?

Maria Sadowska: Oczywiście ! BNH byli moim ulubionym zespołem! Ale wiesz, mam wrażenie że ta muzyka mi się trochę zestarzała. Moja pierwsza płyta z wierszami Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej była niejako w tym klimacie muzycznym. Dla mnie w tej chwili ta muzyka jest trochę za grzeczna. Chyba wolę teraz brzmienie bardziej chropowate, chuligańskie.

Stąd moje pytanie o hiphopowe wibracje na albumie…

Maria Sadowska: Właśnie. Nawiązując do hiphopu, nu-jazzu: ta płyta ewoluowała w trakcie prób, jest funk-jazzowa, piwniczna. Nazwaliśmy nasz zespół Jazzowi Terroryści (którzy nie biorą jeńców). Uwielbiam połączenia. We mnie jest ktoś, kto grał i rocka i funk, muzykę buntu. Dlatego granie standardów, eleganckiego jazzu, tzw. glamour jazz – to mnie kompletnie nie interesuje. Wartość tej płyty polega na jej chropowatości, docieraniu konturów. Płyta jest nagrana na setkę, tylko 2 utwory są produkcyjne. Na tej płycie przekazana jest energia, jaka tworzy się na koncertach. Lubię muzykę przejechaną papierem ściernym. Właściwie jedyne miejsce, gdzie uchowała sie polska muzyka funk, to hiphop, bo przecież została zepchnięta przez rockowe myślenie, którego jestem trochę przeciwnikiem. To takie myślenie trochę kwadratowe, nie bujające się. A podkłady hiphopowe w Polsce są bardzo funkujące, mają solidne korzenie.

sadowska_2_m

Nagrałaś płytę, jakiej nie musiałaś. Mogłaś zdyskontować popularność w telewizji, obecność w The Voice Of Poland i nagrać coś łatwego, bardzo pop…

Maria Sadowska: Ani przez chwilę nie miałam takiej myśli. Nie chciałam nagrywać nic wspartego takim marketingiem. Wręcz przeciwnie: chciałam nagrać coś ambitnego, by odbiorcy VOP posłuchali tego, może po raz pierwszy, może wtedy sięgną głębiej, może posłuchają moich inspiracji? Moze dojdą do Milesa Davisa ?

Jak wspominasz czas, gdy śpiewałaś w DJ-skich soundsystemach na imprezach house? Czy vocal-house’owy miks Seba Skalskiego do piosenki Kiedy Nie ma Miłości może sugerować, że jest szansa na powrót do stylistyki Chcemy tylko tańczyć?

Maria Sadowska: Ja miałam z muzyką klubową taki problem, że sądziłam, że ta muzyka brzmi dobrze tak naprawdę tylko w klubie, nie w zaciszu domowym. Miałam wrażenie, że to taki rodzaj muzyki, którego energii nie da się do końca przenieść na płytę. Śpiewając na żywo w trakcie live actów z DJ-ami, kontroluję tańczących, komentuję rzeczywostość, nie wiem co wydarzy się za chwilę. Piosenki nagrane jawią się jako bardziej jednowymiarowe – nie nagrałam nigdy takiej stricte klubowej płyty, może oprócz Demakijaż – ale to była płyta filmowa, projektowa. Typowo klubowa płyta jest wciąż przede mną. Marzy mi się też płyta z remiksami. Zresztą z DJ-ami śpiewam cały czas i niejako remiksuję swoje utwory na żywo. Nie sądzę, bym miała kiedyś przestać…

Słyszysz Polish Jazz, myślisz…

Maria Sadowska: Myślę, że to kawałek polskiej kultury, która możemy się wszędzie pochwalić. Polish Jazz to marka, jak juz wspomniałam. Komeda, Stańko, wszyscy na świecie to wiedzą.

Mimo to, pierwsze Grammy dla polskiego muzyka jazzowego pojawiło się dopiero w 2014 roku!

Maria Sadowska: Niestety, to długo. I wielu ludzi pyta: skąd ten Pawlik się wziął ? A gra od 30 lat! Smutne, że ktoś z zewnątrz musi dać znak, byśmy docenili własnego muzyka.

Jaki jest odbiór płyty na koncertach? Gracie też materiał z poprzednich albumów?

Maria Sadowska: Po raz pierwszy gramy wyłącznie nowy materiał, bez żadnych dodatków ze starych płyt. To nowe rozdanie, nowe otwarcie, nowy moment w moim życiu. I powrót i jednocześnie początek. Bo ta płyta miała byc dawno, po Tribute to Komeda. Odbiór płyty jest bardzo dobry, mam wiarę w ludzi, wierzę w ich inteligencję. To, co mi sie zamarzyło – by jazz wchodził na ulice, dzieje się.

Masz już pomysły na nowe muzyczne wcielenie?

Maria Sadowska:Oj tak! Ja mogłabym właściwie nagrywać płyty jedna za drugą! Marzy mi się płyta z kołysankami świata – jest tak mało dobrej muzyki dla dzieci. Nie ma tej kultury, jaka była, gdy my byliśmy mali. Nie ma tej kultury naszych babć. Marzy mi się płyta typu jazz łączy pokolenia, z moim ojcem na organach Hammonda. Marzy mi się płyta bardzo dziwaczna: Tribute To Polish Punk, nagrana z bigbandem jazzowym, czyli punk-rockowe piosenki przerobione na swingowy jazz. Bardzo ciekawie mogą te teksty zabrzmieć – zwłaszcza w kontekście, gdy dawni punkowcy z lat 80. są teraz odbiorcami tego eleganckiego jazzu. I chciałabym zrealizować płytę remiksową, więc staram się nie marnować czasu. A jeszcze jest tak wiele filmów do zrobienia!

Nie ma więcej wpisów