Muzyka jest doskonałym i zdecydowanie najlepszym dopełnieniem filmu, z czego na pewno zdają sobie sprawę organizatorzy Off Sceny, prężnie działającej po raz kolejny przy krakowskim festiwalu Off Plus Camera. By zapewnić królewską ucztę nie tylko dla oka, ale również dla ucha, na Off Scenę zapraszani są artyści naprawdę wyjątkowi i adekwatnie do formuły festiwalu – prezentujący najlepszą niezależną muzykę. Na scenie oficjalnego klubu Off Plus Camery – Lizard Kinga, mają okazję zagościć zarówno dobrze znane międzynarodowe projekty, jak i utalentowani muzycy z Polski.

Dzień trzeci Off Sceny stanął właściwie pod znakiem twórczości rodzimej – na scenie mieli okazję zaprezentować się Vermones, Włodek Kinior Kiniorski / Yegor Zabelov oraz Błażej Król, ale podobieństwa kończą się na wspólnym kraju pochodzenia – stylistyki, w której poruszali się poszczególni artyści diametralnie różniły się od siebie.

Jako pierwszy na scenie pojawił się alt-rockowy zespół z Krakowa – Vermones, który w ciągu trwania swojej działalności miał okazję zagrać już na festiwalu w Jarocinie oraz na Open’erze i którego występu niestety nie zdążyłam zobaczyć, czego z wielu powodów bardzo żałuję. Grupa miała bowiem pojawić się na scenie w poszerzonym składzie, a koncert na Off Scenie miał być pierwszą okazją, by zapoznać się z ich najnowszym materiałem.

Dzień trzeci Off Sceny zaczął się więc dla mnie iście szamańskim występem Włodka Kiniora Kiniorskiego – polskiego kompozytora i saksofonisty oraz pochodzącego z Białorusi mistrza akordeonu guzikowego Yegora Zabelova. Pierwszy z panów związany był początkowo ze sceną jazzową, aż do momentu, gdy nie pochłonęły go brzmienia etniczne i nie spotkał na swej drodze Yegora Zabelova. Panów połączyło wspólne zamiłowanie do improwizacji i nie da się ukryć, że występowanie razem wychodzi im idealnie – na Off Scenie stworzyli zapierające dech w piersiach widowisko. Prezentowany przez nich materiał to prawdziwie energetyczna bomba, gdzie wyważone jakby w idealnych proporcjach brzmienia instrumentalne (akordeon, klarnet, saksofon), łączą się z elektronicznym pulsującym podkładem. Zagrane utwory pochodziły z niewydanej jeszcze wspólnej płyty obu panów i sądzę, że wielu osobom zaostrzyły one apetyt na nadchodzący krążek. Osobiście byłam bardzo mile zaskoczona wspaniałym kontaktem z publicznością, swobodą w improwizowaniu i nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze raz wybrać się na ich koncert. Oby było to możliwe jak najszybciej!

Prawdziwym (dosłownie i w przenośni) ukoronowaniem wieczoru było jednak dla mnie pojawienie się na scenie Błażeja Króla – jeszcze niedawno połowy gorzowskiego duetu UL/KR, dziś artystę działającym przede wszystkim samodzielnie. W marcu tego roku premierę miał jego solowy album Nielot, którego promowaniem zajmuje się aktualnie podczas swojej krótkiej trasy koncertowej. Nielot to niezwykle intymna płyta, ale wykonywana na żywo nie straciła nic ze swojej delikatności i eteryczności. Właściwie było wręcz przeciwnie – dzięki rozbudowanym partiom instrumentalnym i głębokim basom, zyskała drapieżnego elektronicznego pazura, co tylko podziałało mocno na jej korzyść. Bardzo wyciszony i skupiony Błażej, z minuty na minutę koncentrował na sobie uwagę coraz większej ilości osób, a na dość dużej scenie klubu w znany tylko jemu sposób potrafił stworzyć atmosferę do tego stopnia kameralną, że każdy mógł znaleźć miejsce na indywidualne obcowanie z kompozycjami i refleksję. Idylliczne i subtelne utwory takie jak Powoli, Ćmy czy Szczenię, niosły potrzebne po poprzednim występie wyciszenie i uspokojenie, wieńcząc ten dzień iście po królewsku. Jedyne, czego żałuję to to, że występ Króla trwał tak krótko, podobnie jak zawsze za krótko trwa dla mnie jego album, ale trzeba przyznać, że z pewnością był to czas bardzo intensywny, bogaty w doznania i pozwalający w pełni odpocząć od bełkotliwej wrzawy codzienności.

Nie ma więcej wpisów