Dzień piąty Off Sceny zaczął się głośno, by z kolejnymi artystami nieco (próbować) się wyciszyć. Po godzinie 21 z kopyta ruszyła grupa Cinemon. Zgodnie z oczekiwaniami zagrali najnormalniejszy w świecie rock’n’roll. Gitarowe hałasowanie okazało się być zaskakująco melodyjne. Sama w niektórych momentach łapałam się na nuceniu refrenów. W efekcie zgromadzeni w Lizard Kingu poznali kolejną grupę sympatycznych chłopaków, którym warto kibicować.

Z kolei po łódzkim zespole L.Stadt było widać sceniczne doświadczenie. Koncert był mieszanką utworów z obu płyt i zeszłorocznej teksańskiej EP-ki. Bardziej liryczne utwory przeplatały się z kawałkami prawdziwie rockowymi prowadzonymi doskonale przez dwie perkusje. Klasyki jak Ciggies, niezawodnie wzbudzały entuzjazm publiczności, a Londyn wykonany na bis wciąż wywołuje u mnie ciarki. Brzmienie grupy jest naprawdę świetnie dopracowane. Słychać, że zespół się rozwija, i nie pozostaje nic innegotylko zacierać ręce na nadchodzący nowy materiał.

Postacią najważniejszą i najbardziej wyczekiwaną środowego wieczora był jednak utalentowany multinistrumentalista Peter Broderick. Artysta, znany ze współpracą z grupą Efterklang, jak nikt inny przekracza granice między gatunkami i z sukcesem śpiewa, gra i komponuje. W Lizard Kingu zaprezentował utwory ze swego solowego dorobku, operując gitarą, skrzypcami i klawiszami. Pierwszą trudnością z jaką spotkał się sympatyczny Amerykanin, były usterki techniczne, ale urosły one do błahostki przy tym z czym miał do czynienia w klubie. Utwory Brodericka są z natury liryczne, potrzebują więc ciszy i uwagi odbiorców. O ile Lizard King jako klub festiwalowy sprawdza się przy głośnych koncertach gitarowych czy elektronicznych, to przy nastrojowym panu z gitarą zgiełk głośnych rozmów skutecznie zniweczył jakiekolwiek próby stworzenia atmosfery. Nie dołączę się do opinii mówiących, że ludzie zachowywali się skandalicznie. Jak wspomniałam, to klub do którego część widzów przychodzi po całym dniu spędzonym w kinie, by spotkać się i wymienić opinie ze znajomymi, trudno więc uniknąć śmiechów i hałasu.

Wracając jednak do tematu, wszelkie próby uciszenia ludzi (lekko dramatyczny apel jednej z fanek prosto ze sceny) spełzy na niczym, lecz sam artysta podszedł do tego z humorem. Improwizowanymi wstawkami, jak ta rapowana o spotkaniu fana w Krakowie, czy komentarz time heals talking people, stworzył więź między sobą a zgromadzoną pod sceną widownią. Kiedy na życzenie jednej z uczestniczek na bis zagrał delikatne, instrumentalne Snowflake, trudno było uwierzyć, że to już koniec. Podsumowując, na drugi raz polecałabym rozdzielenie klubu festiwalowego z miejscem występu artystów prezentujących ten typ muzyki, bo tym razem upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu się nie udało.

Nie ma więcej wpisów