Mówią o nim: odkrycie roku, wspaniały debiut, niezwykła dojrzałość… Ja jednak po dłuższym obcowaniu z jego debiutanckim materiałem mam wciąż mieszane uczucia. Dreamers Daniela Spaleniaka to z pewnością krążek, który potrafi przenieść słuchacza w inny stan świadomości, klimat jaki stworzył na płycie jest zupełnie odrealniony, senny, leniwy. Pozostaje jednak to nieznośne ale.

Zacznijmy jednak od podstaw, bo one są tu w znacznej mierze wyznacznikiem tego, jak wygląda twórczość tego młodego kaliszanina. Muzyczna wrażliwość i umiejętności Daniela zostały ukształtowane przez jego tatę, który konsekwentnie nakłaniał syna do regularnych ćwiczeń gry na gitarze. To także on wyrobił synowi muzyczny gust podsuwając takich artystów jak The Beatles czy Bob Dylan, gdzie szczególnie ten drugi wywarł na młodego początkującego muzyka największe wrażenie. Dobre wzorce wpłynęły na to jak wygląda obecnie osobisty muzyczny świat Spaleniaka, a to co pokazał na swoim debiucie każe czekać na jego kolejny krok, bo wierzę, że będzie potrafił zaskoczyć jeszcze bardziej.

Sprawne posługiwanie się instrumentem jakim w przypadku Daniela jest gitara to jedno, ale kiedy dodać do tego muzyczne inspiracje opierające się na samych wyśmienitych twórcach, wyczucie i niebanalną barwę głosu (do teraz dziwi mnie, że Daniel do śpiewania nie był z początku przekonany, bo skrywać taki klejnot jaki posiada to niemal grzech) otrzymujemy intrygującą słuchacza mieszankę chłodu, mroku i specyficznej piosenkowości. Płyta od pierwszego dźwięku zaskakuje, jednak już z całym albumem jest mały problem. Utwory zlewają się w całość i tak naprawdę tylko dwa kawałki – singlowy My Name Is Wind oraz Full Package Of Cigarettes – wyróżniają się na tle pozostałych, za sprawą posiadania tego magicznego pierwiastka (powszechnie znane coś).

Ten pierwszy, którego wybranie na singiel jest doskonałe, ma w sobie jakiś nadzwyczajny magnetyzm – muzyka intryguje, wpada w ucho, pulsujący rytm sprawia, że nóżka sama zaczyna Ci lekko drgać. Drugi zaś z początku uderza zupełną surowizną, żeby powoli rozwinąć się z każdą minutą zyskując nowego blasku. Jednak bez względu na to jak bardzo zlewa się czy nie zlewa jeden utwór z kolejnym, największym atutem całości był, jest i pozostanie grobowy głos Spaleniaka, którego wydaje się być tu za mało.

Dwie pozbawione wokalu kompozycje (Insomnia i tytułowy Dreamers – chociaż w nim pojawiają się wokalizy) nie epatują żadną wyjątkowością. Wydaje mi się, że ich obecność ani nie pomaga, ani nie przeszkadza – pełnią raczej rolę znanych doskonale nam zapychaczy. U Daniela wokal jest elementem doskonale uzupełniającym całą instrumentalną otoczkę, dlatego kiedy go zaczyna brakować to cała kompozycja siada. Ale i w tej części można mieć małe zastrzeżenia. Są momenty, w których maniera jaką posiada muzyk sprawia, że sam nie wiesz czy to jeszcze fragment tekstu, czy może już zaczęła się wokaliza. To takie śpiewanie jakby od niechcenia.

Żeby nie było, że jedynie się czepiam to dostrzegam w całości wiele plusów, które już się wyżej pojawiły między wierszami. Sam nieco Cave’owski mrok czający się w barwie głosu tego chłopaka i lekkie bluesowe zacięcie sprawia, że są momenty na krążku, które potrafią wywołać ciarki na ciele. Będę się skupiać na wokalu, bo to w obecnych czasach naprawdę (na swój sposób) unikalna barwa, która wyróżnia się na tle pozostałych młodych polskich wokalistów, aczkolwiek mam świadomość, że w zależności od gustu może się on podobać bardziej lub mniej. Połączenie niezwykłego wokalu z tak a nie inaczej przestawioną warstwą instrumentalną sprawia, że w osobie oraz w samej muzyce Daniela można wyczuć lekką nutkę nonszalancji. Jest jeszcze jedna cecha tego krążka, na którą warto zwrócić uwagę. Całość jest niczym stworzony na potrzeby filmu soundtrack i to wcale nie byłby głupi pomysł, żeby umieścić całe Dreamers jako tło do obrazu, bo w takiej roli zdaje mi się, że krążek zyskałby znacznie.

Minimalizm niezaprzeczalnie jest tej płyty siłą, jednak brak większego zróżnicowania sprawia, że na dłuższą metę krążek po prostu się nudzi. Pierwsze przesłuchanie jest jak uderzenie obuchem – nowa jakość, inny świat, takie zupełnie nie nasze brzmienie. Potem człowiek zaczyna się męczyć, przy każdym kolejnym przesłuchaniu omija kolejne utwory aż pozostają mu dwa, góra trzy. Wiem, że cała Polska (głównie nastawiona na alternatywę) wciąż załuchuje się w Dreamers i wypowiada się o niej zgoła inaczej. Wstrzymałabym się jednak z wygłaszaniem prawd objawionych i utwierdzaniem wszystkich, że to płyta na miarę odkrycia wszechczasów.

Z pewnością to bardzo charakterystyczny i wyjątkowy materiał, wydaje mi się jednak, że do miana debiutu roku jeszcze trochę brakuje. Czy uzależnia? Kwestia gustu. Znów nazywanie tego nową jakością? Prawdę mówiąc, kiedy po dziesiątym przesłuchaniu uświadamiasz sobie, że gdyby wrzucić Danielowi w usta polskie teksty i odjąć trochę mroku wyszedłby drugi Skubas – co absolutnie nie jest złe, bo płyty Skubasa słucha się z nieskrywaną przyjemnością – sprawia, że to nowe nie do końca już takie jest. Cieszy jednak fakt, że tacy artyści coraz częściej się na naszym podwórku pojawiają, bo bez wątpienia to kolejny młody-zdolny. Chociaż też nie wiem czy sukces jego debiutu nie jest spowodowany tym, że zapanowała moda na słuchanie muzyki dla smutasów, a Daniel idealnie wpasował się w panujący obecnie trend. Melancholia i nieco deszczowo-jesienno-senny klimat robi swoje.

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest słaba płyta, wręcz przeciwnie. Pytanie brzmi, czy za rok lub dwa, kiedy Daniel wyda na świat drugi krążek, będzie on utrzymany w tej samej konwencji czy nie? Jeżeli będzie, to czy nadal ludzie masą rzucą się na niego wychwalając każdy kolejny utwór pod niebiosa? Czas pokaże. Tymczasem mamy na naszym skromnym podwórku artystę z ogromną szansą na przebicie się głębiej do świadomości polskich melomanów. Daję mu szansę głównie za sprawą wokalu, bo ta barwa prawdziwie urzeka i przyciąga naturalnym magnetyzmem. Oby nie zachłysnął się pochwałami na swój temat i konsekwentnie robił to, co mu muzyczne serce nakaże, a jest szansa, że wyjdą z tej pracy naprawdę piękne rzeczy. Za wcześnie na laury i ordery, ale podświadomie czuję, że i na nie w pełni przyjdzie pora.

Nie ma więcej wpisów