Sobota była przedostatnim dniem festiwalu i ostatnim dniem koncertów na Off Scenie, frekwencja dopisała co częściowo wynikało z faktu, że był to weekend, ale także gwiazda wieczoru była wyjątkowa. Zanim jednak skupię się na Flunk, napiszę o The Silver Owls, którzy wystąpili jako pierwsi.  Jeśli komuś muzyka country wciąż kojarzy się z czymś śmiesznym, a nawet wstydliwym powinien koniecznie wybrać się na koncert tej grupy. Ten pięcioosobowy skład porwał do tańca i rozbawił całą publiczność, wątpię żeby w całym klubie znalazła się chociaż jedna osoba, która radośnie nie przytupywała nogą w takt dźwięków dochodzących ze sceny. Dodatkowym atutem zespołu jest instrumentarium, bowiem w dzisiejszych czasach nieczęsto widzi się takie instrumenty jak akordeon czy banjo, a oni robią z nich doskonały użytek.

Po krótkiej przerwie scenę zajęli We Call It a Sound, a radosna americana ustąpiła miejsca elektronicznym beatom. Bracia Majerowscy zaczęli od najstarszego materiału, stopniowo przechodząc do nowszych utworów i w końcu prezentując te z najnowszego wydawnictwa pt. Trójpole. Mimo ich starań o utrzymanie kontaktu z publicznością i wciągnięcia fanów w swój świat, ja osobiście nie potrafiłam przekonać się do dźwięków przez nich proponowanych. Czasem nawet jeśli nie jesteśmy zwolennikami czyjejś twórczości potrafimy docenić brzmienie artysty na żywo, niestety We Call It a Sound na tle innych zespołów występujących na Off Scenie wypadli dosyć nieciekawie.

Prawdziwą rewelacją za to okazał się występ Flunk, którzy mimo że grali w Polsce już kilka razy, to nigdy nie zawitali do Krakowa. Zespół wydawał się być równie zauroczony ciepłym przyjęciem, jak fani samym zespołem, a Anja Øyen była tak taktowna, że nawet nie poskarżyła się na światła, które raziły ją w oczy. Jak można było się spodziewać Norwegowie zagrali mix swoich najsłynniejszych kawałków plus te z wydanego w ubiegłym roku Lost Causes. Øyen mimo posiadania niezwykle delikatnego głosu jest świetną wokalistką, brawa należą się też gitarzyście zespołu, który swoją grą upiększał i dodawał mocy każdej piosence, a jego partie w zagranym mniej więcej na początku koncertu As If You Didn’t Already Know należą do najpiękniejszych w dyskografii Flunk.

Mało kto wie, że ta grupa podczas koncertu potrafi na moment zmienić się w prawdziwych rockowych wyjadaczy, niektóre z ich łagodnych, subtelnych kawałków zyskały prawdziwie potężne gitarowe finały, tak jak zagrany na sam koniec Sit Down. W festiwalowym secie nie mogło naturalnie zabraknąć miejsca dla Blue Monday, ale prawdziwym zaskoczeniem był inny cover, jeden z klasyków Elvisa PresleyaAlways on My Mind.

Występ Flunk nieco osłodził smutek wynikający z faktu, że był to ostatni festiwalowy koncert, można śmiało powiedzieć, że Off Scena skończyła swoją tegoroczną działalność z przytupem i miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie równie dobrze, a może nawet jeszcze lepiej.

Nie ma więcej wpisów