The Black Keys nie mają problemów z melodią, choć operowanie tak niewdzięcznym instrumentem, jakim w ostatnich latach stała się gitara, widocznie odbija się na Turn Blue. To raczej nie kwestia umiejętności czy znudzenia popisami Auerbacha, który niejednokrotnie czaruje swoimi solówkami. Zrzucenie pewnego niepowodzenia tej płyty na sam problem poszukiwań, próby głębszego sięgnięcia w psychodelię na rzecz porzucenia szybkich i krótkich kawałków też nie są do końca trafione. Problem może leżeć poniekąd w samych twórcach, którzy w swoim gronie znaleźli się po raz trzeci, a znając swoje wszystkie dobre i złe strony, przestali zwracać na siebie uwagę.

Obwinianie, czy też chwalenie – w zależności od odbioru tego krążka – samego Burtona za zbyt wielkie przemycenie charakterystyki swojego ostatniego projektu, nie ma większego sensu. Retro wydźwięk dokonań Broken Bells, zmysłowości chóralnych podbić i charakterystycznej lekkości, jaką operuje Danger Mouse cieszy, choć zbyt wielkie natężenie tej rozpoznawalności przykrywa stylistykę duetu z Ohio. Patrząc już chociażby na samo Year In Review czy utwór tytułowy, trudno je porównać do cięższej, o wiele gęstszej i skupionej atmosfery płyty z 2010 roku, której być może bliżej do debiutu The Black Keys, niż obecnej formuły Turn Blue.

Sama postać Burtona nie zdominowała jednak tego albumu całkowicie, co przynosi efekty w postaci dalej możliwego do połączenia, choć wyraźnie oddalającego się obrazu The Black Keys i eksploracji gitarowych lat 60-tych. Blues-rockowa melancholia mami w In Time, swoim kunsztem pociąga psychodelia Weight of Love, 10 Lovers potęguje wrażenie znalezienia sprawnej melodii, którą nie do końca udało się zaszczepić w aranżację wzbogaconego przesterem Fever, którego potencjał singlowy jest wyraźnie słabszy niż poprzednie utwory promujące kolejne wydawnictwa zespołu.

Wydłużenie czasu trwania i naruszenie pewnej struktury utworów, gdzie nieznaczna ich część gubi się w szukaniu rytmu rozlewających się aranży (In Our Prime) czy zmiana sposobu śpiewania Dana sięgającego po wyższe tony, mogą stać się pewnymi mankamentami. Zapewne nie byłyby nimi w takim stopniu, gdyby nie fakt, że sama forma prowadzenia utworów staje się ciężka – aż w końcu prowadzi do znużenia (It’s Up To You Now, Bullet In The Brain).

Być może dlatego tak bardzo przyjemnym staje się zupełnie odmienne od reszty zakończenie, które tworzy klamrę dwóch najlepszych elementów albumu. Gotta Get Away jawi się jako niezobowiązujący letni przebój, który krąży wokół spokojnej stylistyki Nashville serwowanej przez rodzinę Followillów. I chyba najbardziej pokazuje czego Turn Blue jest pozbawione – prostej radości z tworzenia, operowania nieskomplikowaniem gitarowych chwytów, zabawy samej w sobie. I jakiegoś głębszego oddechu. Bo choć to album urokliwy i dalej sygnowany stemplem dobrego poziomu zespołu, to jednak tym razem bardziej w kategoriach poszczególnych elementów, niż niezapomnianego przeżycia.

Nie ma więcej wpisów