Zespół Lilly Hates Roses to poznańsko-toruński duet, który tworzą Kasia Gołomska i Kamil Durski. W zeszłym roku wydali swój debiutancki album Something to happen, którym podbili serca tak krytyki jak i słuchaczy. Ich znak rozpoznawczy to harmonia głosów i delikatne brzmienie gitary akustycznej. Okazją do rozmowy o filmach, inspiracjach i nowym materiale okazał się festiwal Off Plus Camera, gdzie duet zamykał towarzyszącą imprezie Off Scenę.

musicis.pl: Zdążyliście skorzystać z festiwalu Off Plus Camera, czy to raczej jednodniowy wypad?

Kamil: Nie, niestety, chociaż chętnie byśmy skorzystali, bo program bardzo się nam podobał.

musicis.pl: Pozostańmy jednak na chwilę w temacie filmowym. Czy potraficie znaleźć jakiś obraz, który mocno wpłynął na wasz światopogląd, a tym samym poniekąd i waszą twórczość?

Kasia: Dobre pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałam…

Kamil: Jeśli chodzi o filmy to sporo ich oglądam, więc ciężko mi wybrać konkretny. Ostatnio na przykład widziałem Mistrza, zrobił na mnie ogromne wrażenie, Joaquin Phoenix jest genialnym aktorem. Świetnym filmem jest też niemiecka produkcja Biegnij Lola, biegnij. Czy jednak zmieniły one mój światopogląd w znacznym stopniu? Wydaje mi się, że każdy z ważniejszych filmów, które widziałem po trochu go zmieniał. Ujmę to tak, przestałem lubić Hansa Zimmera po obejrzeniu Incepcji.

musicis.pl: To całkiem odważne stwierdzenie. Wielu ludzi uwielbia muzykę z tego filmu.

Kamil: Hm, moim zdaniem opiera się ona na jednym, powtarzalnym patencie.

musicis.pl: W takim razie jakie są wasze ulubione soundtracki?

Kasia: Drive ma świetny soundtrack, jest bardzo minimalistyczny. Muzyka kreuje nastrój, ale jednocześnie nie jest jej za dużo. Pojawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Kamil: Mnie bardzo się podoba muzyka z filmów Juno czy Wszystkie Odloty Cheyenne’a. Dość zaskakujący pod względem ścieżki dźwiękowej jest japoński film Wyznania, gdzie w tle można znaleźć choćby Radiohead. Warto też wspomnieć o filmach Quentina Dupieux aka Mr. Oizo. Mordercza Opona ma naprawdę fajną ścieżkę dźwiękową! (śmiech)

musicis.pl: Wracając do Waszej muzyki. Jesteście już po głównej części trasy promującej debiutancką płytę. Czy zmieniliście podejście do niektórych utworów, wyróżniacie ulubione koncertowe fragmenty?

Kamil: Piosenki na koncercie mają zupełnie inny ładunek emocjonalny. Na niektóre utwory specjalnie czekam, jestem ciekawy jak dany utwór się zachowa.

Kasia: Z racji tego, że jesteśmy tylko we dwójkę to dużo piosenek zmienia się podczas koncertów i potem te patenty staramy się zapamiętać i wykorzystać później.

Kamil: Granie na żywo to najbardziej rozwijająca część bycia muzykiem. Osobiście bardzo lubię Sounds of Bells, to utwór, którego nie ma na płycie. Przez to jest trochę nieskończony i daje duże pole do manewrów. Zawsze na niego czekam, bo w zależności jak koncert się potoczy, to ta piosenka jest mniej lub bardziej emocjonalna. Czasem z kolei, postanawiamy zagrać utwór, który nie pojawiał się przez kilka koncertów z rzędu i potem zastanawiamy się dlaczego właściwie usunęliśmy go z playlisty. Rzeczywiście jest coś takiego, piosenki na koncertach w pewnym momencie same się nakręcają.

musicis.pl: Każda piosenka ma swój początek. Kamil, czy zdarza Ci się wymyślić coś pod wpływem nagłego impulsu, czy raczej jest to efekt zbierania, kumulowania doświadczeń?

Kamil: Raczej to drugie. W zasadzie, to, że nasze piosenki wypadają nieco smutno, nie znaczy, że jesteśmy smutnymi ludźmi. Prowadzimy naprawdę szczęśliwe życie. Wydaje mi się, że nasze utwory są raczej takim wentylem przez który ten smutek ulatuje i przelewa się w pewnym momencie. Chyba tak to działa, że musi się nagromadzić pula emocji, by powstała z tego piosenka. Choć kiedyś powiedziałem sobie, dziś siadam i robię nowy kawałek, ale koniec końców po prostu mi się nie spodobał. Może jeszcze kiedyś do niego wrócę ze względu na melodię, ale musi się to wydarzyć w naturalny sposób.

Kasia: Mnie zawsze melodie pojawiają się w głowie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Na przykład kiedy jestem w autobusie z mnóstwem innych ludzi. Nie mogę wtedy nic nagrać, a nawet jeżeli się uda to trudno to potem odsłuchać.

musicis.pl: Właśnie Kasiu, uprzedziłaś nieco moje pytanie. Słyszałam, że na nowej płycie pojawi się utwór Twojego autorstwa. Ciężko było się zmierzyć z tym wyzwaniem?

Kasia: Dla mnie najtrudniejsze zawsze było przyznać się przed samą sobą, że to co tworzę, może być dobre i mogę to komuś pokazać. Czasem w połowie utworu stwierdzałam, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć i miałam przez to mnóstwo niepozamykanych rzeczy. Raz jednak postanowiłam, że się wezmę w garść, wysłałam numer Kamilowi i zaczęło się. Na razie dopiero raczkuję, ale staram się by wychodziło to jak najlepiej.

Lilly Hates Roses

musicis.pl: À propos nowego materiału. Planujecie skierować się w zupełnie innym kierunku, czy raczej będzie to kontynuacja i ewolucja?

Kamil: Dobrze ujęte! Tak, nowa płyta to ewoluowanie zespołu w pewien sposób. Wiadomo, że będzie onatrochę inna niż pierwsza, bo też jesteśmy nieco innymi ludźmi niż kilka lat temu. Wydaje mi się, że zmieniliśmy się na lepsze. Na pewno uwierzyliśmy w siebie, jesteśmy mniej wycofanymi, mniej wystraszonymi ludźmi.

Kasia: Czujemy, że możemy więcej.

Kamil: Sądzę… mam nadzieję, że ten krążek nikogo nie zawiedzie. Jeżeli my będziemy z niego zadowoleni, to także i ludzie, którzy słuchają naszej muzyki. Bo to nadal Lilly Hates Roses, nadal ta sama stylistyka, jednak będzie nieco ciekawiej aranżacyjnie.

musicis.pl: Na jakim jesteście etapie, jeżeli chodzi o przygotowanie do nagrań?

Kamil: Tak się składa, że ostatni długi weekend spędziliśmy na nagrywaniu demówki. Mamy póki co siedem piosenek i właściwie we wrześniu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziemy gotowi zacząć nagrywać płytę.

musicis.pl: Przy produkcji nadal chcecie współpracować z Maciejem Cieślakiem?

Kamil: Tak, chyba tak. Maciej Cieślak to naprawdę fajny gość.

Kasia: Tak, to człowiek, który bardzo dobrze czuje to, co my chcemy przekazać.

musicis.pl: Zatem końcem tego roku można się spodziewać nowego wydawnictwa?

Kamil: Jeszcze zobaczymy. Póki co, takie są plany, lecz mnóstwo rzeczy może się wydarzyć po drodze.

Kasia: Chcemy być w stu procentach pewni, że to co się ukaże, to materiał, który chcemy pokazać światu.

Kamil: To szalone, ale za każdym razem, gdy poznajesz nowy zespół trochę ci się zmieniają inspiracje. Rodzą się nowe pomysły, nowe rozwiązania, które człowiek chciałby wykorzystać.

musicis.pl: W takim razie opowiedzcie o ostatnich inspiracjach. Jaka grupa zrobiła na was naprawdę duże wrażenie?

Kamil: Właściwie to wczoraj usłyszałem taki zespół. Nazywają się We Were Evergreen, pochodzą z Francji i są naprawdę świetni. Nawet grupy, których nie było gdy zaczynaliśmy nagrywać pierwszą płytę, dzisiaj zaczynają mnie inspirować. To jest właśnie ciekawe, że nie cofamy się, tylko zaczynamy czerpać z tego co się dzieje na bieżąco.

Kasia: Ja odwrotnie. Tak naprawdę muzyki zaczęłam słuchać całkiem niedawno. Straszny wstyd, ale moja wiedza muzyczna jest dość uboga. Dlatego zaczęłam od bycia na bieżąco i teraz powoli cofam się do rzeczy, które powinnam znać już dawno. Na przykład ostatnio słucham bardzo dużo Sonic Youth.

Kamil: Naprawdę? To mój ulubiony zespół!

Kasia: Niby wiedziałam kim oni są, znałam kilka utworów, ale dopiero niedawno ostatecznie się przekonałam. Kontynuując, mogę wspomnieć jeszcze PJ Harvey. Zdecydowanie pociągnęło mnie w stronę klasyki. Poza tym, ostatnio z Kamilem, przy okazji nagrywania demówki, słuchaliśmy dużo techno (śmiech)

musicis.pl: Może zatem dacie się ponieść syntezatorom i ewoluujecie w tym kierunku?

Kamil: Wiesz, mamy w sumie syntezator, Korga. Fajnie byłoby do niego dołożyć jeszcze Mooga, ale najpierw musimy zacząć wyprzedawać wielkie sale (śmiech). Z realnych dróg rozwoju, mam nadzieję, że nasz zespół powiększy się też o trzecią osobę, która będzie nam pomagać z aranżami, ale póki co nie chcę za wiele zdradzać.

musicis.pl: Oprócz planów płytowych macie z pewnością w zanadrzu projekty tras. Szykują się zagraniczne przygody?

Kamil: Tak coś zawsze jest na horyzoncie. Nasze cele to póki co Holandia, Szwajcaria, Islandia i Niemcy. To wszystko się teraz tworzy. Jako zespół zawsze byliśmy bardziej spontaniczni niż wyrachowani. Nie chcemy w sobie zabijać radochy z bycia zespołem i nagle zacząć robić precyzyjny biznesplan. Mamy Piotrka, menadżera, który potrafi ogarnąć za nas wszystkie sprawy organizacyjne, więc nam pozostaje zająć się muzyką i tworzeniem.

musicis.pl: Czyli jesteście jedną szczęśliwą muzyczną rodzinę? Nie macie potrzeby odetchnięcia od siebie?

Kamil: Nie, nie, zupełnie. Czasem żartujemy, że nigdy się tak naprawdę nie pokłóciliśmy, choć spędzamy ze sobą naprawdę bardzo dużo czasu. Każdy zespół jest trochę jak rodzina. Czasami patologiczna, ale zawsze rodzina. (śmiech)

Nie ma więcej wpisów