musicis.pl: Wszyscy mówią, że przy nagrywaniu ostatniej płyty specjalnie udaliście się na wieś (do wsi Kębłowo), a przecież Wy po prostu stamtąd pochodzicie. Skąd to nieporozumienie?

Karol: Szczerze mówiąc, nie wiem jak to wyszło dokładnie. Myślę, że jest to taka trochę zaczepka dziennikarska. Jak promowaliśmy się z tym materiałem, dużą uwagę zwracaliśmy na część folkową, która bezpośrednio wiąże się z Kębłowem, miejscem w którym spędziliśmy połowę życia. Ale jeżeli chodzi już o samo Kębłowo to jest w tym trochę prawdy, ponieważ podczas pracy nad płytą spędziłem tam praktycznie całe wakacje. Również próby odbywały się właśnie tam. Może stąd wzięło się to skojarzenie czy też małe nieporozumienie. Teraz żyjemy w Poznaniu i większość czasu tu spędzamy. Także fajnie jest być kojarzonym z tą miejscowością, ale nie do końca jest to prawda.

musicis.pl: Od premiery Waszej debiutanckiej płyty Animated minęło już 4 lata. Jakie zmiany zaszły w Was przez ten czas i czy ów bagaż doświadczeń przekłada się na muzykę, którą tworzycie teraz?

Filip: Na pewno przez ten czas wiele się nauczyliśmy i myślę, że wpłynął on zdecydowanie pozytywnie na naszą muzyczną ewolucję. Zarówno wydanie trzech płyt, jak i sama obecność na festiwalach czy koncertach, jest procesem bezcennym pod względem dojrzewania artystycznego. Dzięki różnorodnemu formalizowaniu naszych działań nabraliśmy muzycznej pewności siebie, która teraz wyraźnie procentuje.

Karol: Istotne jest to, że zarówno w czasie nagrywania pierwszej, jak i drugiej płyty, nieustannie szukaliśmy nowych inspiracji i nie zatrzymywaliśmy się na jakimś etapie. Tworząc Animated i Homes & Houses, bazowaliśmy na czymś zupełnie innym, dzięki czemu oba krążki są zupełnie od siebie różne. Nie jesteśmy zwolennikami regresu w sztuce i raczej lubimy, jak wszystko w niej rozwija się i idzie w stronę czegoś nowego. Dziwnym byłoby to, gdybyśmy nie zmieniali się w ogóle.

musicis.pl: Między wydawaniem kolejnych płyt skład We Call It a Sound zaczął się systematycznie kurczyć. Jakie były tego przyczyny? Czy utrzymujecie kontakty z poprzednimi członkami zespołu?

Filip: Myślę, że był to naturalny proces stopniowego tracenia zainteresowania tworzeniem i braku wystarczającej ilości czasu na poważne skupienie się na muzyce. Ze wszystkimi byłymi członkami zespołu utrzymujemy jednak dobry kontakt i nie było między nami nigdy żadnych większych animozji.

musicis.pl: Aktualnie zespół tworzy wyłącznie Wasza dwójka. Jak pracuje się Wam w pomniejszonym składzie i jak bardzo różni się proces tworzenia od tego, który miał miejsce w większej grupie?

Karol: W samej kwestii tworzenia kompozycji w sumie niewiele się zmieniło, bo zawsze wychodziły one od nas dwóch. Mamy za to mniejsze możliwości konfrontacji swoich pomysłów, bo tak naprawdę wymieniamy opinie wyłącznie między sobą, a w zespole zawsze był ktoś trzeci czy czwarty, kto mógł dodać coś nowego od siebie. Nie mniej jednak praca we dwójkę jest dość komfortowa – świetnie dogadujemy się, bo jesteśmy braćmi.

musicis.pl: Czyli można powiedzieć Wasze pokrewieństwo pomaga w tworzeniu? Jako bliźniacy dogadujecie się bez słów?

Filip: Nie wiem, na ile w naszym wypadku wpływ na naszą więź miało podłoże biologiczne czy genetyczne, ale na pewno niezwykle ważny jest fakt, że dorastaliśmy razem i naturalnym procesem było wzajemne oddziaływanie na siebie. Na pewno nie bez znaczenia pozostało wspólnie spędzone dzieciństwo, słuchanie zbliżonej do siebie muzyki, oglądanie tych samych filmów i czytanie podobnych książek. Nie do końca da się powiedzieć, jak wyglądałby proces tworzenia więzi, gdyby zestawić ze sobą dwie niespokrewnione ze sobą osoby i przeprowadzić je przez taką ścieżkę, jaką my – bracia, odbyliśmy ze sobą.

Karol: Ja nigdy nie wierzyłem specjalnie w istnienie jakiejś bliźniaczej więzi i szczerze powiedziawszy, do pewnych spraw zachowuję bezpieczny dystans, nawet jeśli chodzi o samo bycie bratem. Na pewno nie jesteśmy z Filipem tacy sami, bo każdy jeden człowiek zwyczajnie różni się od drugiego, a w naszym przypadku zarówno różne, jak i podobne działające na nas bodźce trafiały po prostu na inne materiały genetyczne i inaczej się rozwijały. Gdybyśmy byli tacy sami, moglibyśmy być jedną osobą, a nie dwoma.

musicis.pl: Podczas tworzenia macie jakiś specjalny podział ról czy raczej wszystkie sprawy obgadujecie wspólnie?

Filip: Ciężko to jednoznacznie zdefiniować, ponieważ numery powstają w naprawdę przeróżny sposób i nie mamy jednego sprawdzonego sposobu na tworzenie. Jeśli mielibyśmy wskazać jakiś dominujący podział, to da się zauważyć, że zazwyczaj lepiej czuję się w budowaniu podkładów, z kolei brat ma chyba lepszą rękę do wokali – w związku z czym, gdy ja piszę część muzyczną, to Karol umiejętnie uzupełnia ją słowami.

Karol: W przypadku tworzenia niektórych utworów nie było jako takiego podziału ról. Czasami zdarzało się, że Filip przynosił po prostu gotowy utwór, a druga strona – czyli ja, nie miała tak naprawdę już za wiele do powiedzenia, ponieważ jego forma była w swojej strukturze tak spójna, że próba zmian mogłaby po prostu tylko coś zepsuć.

musicis.pl: Dlaczego zdecydowaliście się na wydanie ostatnie płyty własnym sumptem i nie chcieliście wiązać się już z żadną wytwórnią?

Filip: Od początku pracy nad „Trójpolem” myśleliśmy, że fajnie by było wydać ją samodzielnie i uznaliśmy, że jest to dobry czas, by spróbować czegoś nowego. Poza tym wytwórnia, która do tej pory nas wydawała, przestała interesować się polskimi płytami, więc był to częściowo naturalny proces.

Karol: Było też nas finansowo stać na samodzielne wydanie płyty. Przez dotychczasowy czas działania na rynku muzycznym nabraliśmy nie tylko dużo odwagi, ale zdobyliśmy również pewność siebie w tematach ekonomii i marketingu, stąd taka decyzja.

musicis.pl: Jak wyglądał proces powstawania Trójpola? Od samego początku wiedzieliście, że płyta będzie się składać z trzech części, czy raczej wyszło w praniu?

Filip: Gdy mieliśmy gotowy pewien zbiór piosenek, to zauważyliśmy, że jest kilka kierunków, w które zmierzamy, ale nie chcieliśmy też, by żaden z nich w pełni dominował. Wymyśliliśmy więc koncepcję, że trzy małe płyty, które reprezentować miały różne gatunki, złożymy w większą całość, a potem jedynie dopracujemy szczegóły.
Część z utworów powstawała stricte na dane potrzeby – gdy przykładowo brakowało nam utworu do części dubowej, to pracowaliśmy nad nim tak długo, aż nie wymyśliliśmy zadowalającej nas wersji. Sama koncepcja albumu pojawiła się dość wcześnie, a potem przygotowywanie materiału odbywało się pod jej dyktando. Dość długa droga czekała nas w studio, w którym cztery miesiące dopieszczaliśmy i szlifowaliśmy materiał, tak by trzy odrębne całości w pełni zespoliły się ze sobą.

musicis.pl: Zmieniliście podejście do nagrywania – wcześniej stawialiście bardziej na improwizację, tu pojawił się koncept i dążyliście tym samym do określonego celu – jakie to podejście ma zalety a jakie wady?

Karol: Rzeczywiście w przypadku tej płyty mieliśmy ściśle określone to, co chcemy nią osiągnąć. Wiedzieliśmy jak kompozycja ma być zbudowana, aczkolwiek po raz pierwszy pracowaliśmy z producentem – Maciejem Fryczem, który tak naprawdę pokierował nas w tym temacie. Pewne rzeczy dodał, pewnych odradził i to było fajne, że pierwszy raz mieliśmy kogoś spoza zespołu. Osobę, która powiedziała: zróbcie to tak… Często zespoły popadają w tak pułapkę zbyt dużej pewności siebie. Stwierdzają, że to, co zrobili już inaczej być przedstawione nie może, a my się zdystansowaliśmy do wszystkiego i wiele pomysłów Macieja przyjęliśmy.

musicis.pl: Wyszedł Wam z tego mały koncept album, który, co dziwi, nie jest osadzony tylko w jednej stylistyce przy czym w każdej jego części odwołujecie się do dość pierwotnych, dla swoich obszarów, brzmień. Skąd taki pomysł?

Karol: Jeżeli chodzi o sam koncept, jak siadaliśmy na pierwszej próbie, która odbyła się po paru miesiącach przerwy, to z Filipem mieliśmy różne koncepcje. Ja byłem mocno nastawiony na zrobienie czegoś mocno osadzonego w tradycji ludowej, Filip z kolei miał dużo szkiców nawiązujących do muzyki dub, r’n’b czy soul. Nie do końca chcieliśmy te wszystkie rzeczy połączyć, bo baliśmy się osiągnięcia takiego efektu wręcz kuriozalnego. Eksperymenty z folkiem często się tak właśnie kończą – to trzeba powiedzieć. Nawet pojawiła się koncepcja, żeby ta płyta nie była płytą, a żeby powstały trzy lub cztery osobne EP-ki. Dopiero kiedy zaczęliśmy nad tym pracować, stwierdziliśmy, że zrobimy taką trzy rozdziałową opowieść. Filip zainspirował się wtedy płytą Roberta Wyatta, która również składa się z kilku swego rodzaju rozdziałów poświęconych może nie stricte gatunkom muzycznym, ale jakimś opowieścią lirycznym, gdzie mamy cztery osobne części, które dopiero w całości odsłaniają swój głębszy sens. Coś jak w galerii – często przychodzi się na wystawę i mamy obraz, czy rzeźbę i wydaje nam się, że są one osobnymi częściami pozbawionymi spójności, jednak kiedy spojrzymy na nią całościowo, stwierdzamy, że ta kompozycja jest przemyślana. Jeżeli chodzi zaś o odwoływanie się do tradycji, ja osobiście uważam, że część dubowa również takie odwołania posiada, bo mamy tu wiele nawiązań do takich artystów jak Lech Janerka, Klaus Mitffoch czy Maanam.

musicis.pl: Kiedy zrodził się pomysł tytułu? Przyszedł, gdy skończyliście układać już płytę pod względem muzycznym?

Filip: Gdy wymyśliliśmy już główny koncept krążka, to pojawił się również pomysł na tytuł – na początku chcieliśmy płytę nazwać Trójpolówka, ale uznaliśmy, że Trójpole brzmi ładniej i tak już zostało.

musicis.pl: Dlaczego dopiero na tej płycie zdecydowaliście się śpiewać po polsku? Czym różni się pisanie tekstów w języku ojczystym od tworzenia po angielsku?

Karol: Wydaje mi się, że pomysł użycia języka polskiego na naszej trzeciej płycie wyszedł ode mnie. Pamiętam, że spieraliśmy się przez pewien czas o pojęcie tożsamości w muzyce i sztuce, która jest szczególnie ważna podczas tworzenia muzyki folkowej. Użycie języka angielskiego zniwelowałoby najzwyczajniej jej autentyczność, więc zaczęliśmy szukać lepszego rozwiązania. Koniec końców, język polski zdominował całą płytę, przechodząc też na dwie pozostałe jej części – dubową oraz soulową.

Filip: Uznaliśmy, że jesteśmy już w pełni gotowi na to, by napisać teksty, które będą nam w zupełności odpowiadać, z którymi będziemy się identyfikować i których najzwyczajniej nie będziemy się wstydzić. Wcześniej oczywiście też mogliśmy śpiewać polsku, ale dopiero teraz poczuliśmy, że przekazujemy dokładnie to, co chcemy przekazać i robimy to w pełni świadomie.

Karol: Użycie języka angielskiego w liniach wokalnych to często najłatwiejsza droga do osiągnięcia zadowalającego efektu, jednakże nie przywiązuje się wtedy dostatecznej wagi do znaczenia tekstu. Pisanie po polsku jest o wiele bardziej czasochłonne, ale poprzez poświęcenie tekstowi zdecydowanie większej uwagi, jesteśmy z niego też w pełni zadowoleni.

musicis.pl: Trójpole jest dla słuchacza sporym zaskoczeniem. Czy jest tak, że nie zależało Wam na nagraniu płyty z łatwo przyswajalną muzyką? Nam się wydaje, że porwaliście się na coś ambitniejszego i eksperyment się udał – na ile jednak jest się on w stanie przebić do muzyki popularnej?

Karol: Z naszej strony jest trochę obawa, że ta płyta gdzieś zginie. Nie będziemy tego ukrywać, ale zależy nam na tym żeby zwyczajnie została zauważona. Co do przewidywań twórczości WCIASu, jest tak, że my się zmieniamy – chcemy się zmieniać i lubimy się zmieniać. Staramy się to robić z płyty na płytę, a nawet z piosenki na piosenkę. Moim zdaniem jest to nasza najbardziej przystępna płyta, jednak kiedy słucham ludzi dookoła, słyszę, że nieco za dużo jest na niej bodźców. To znaczy, jest ona tak eklektyczna, że jeszcze dość wymagająca. Osobiście jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego. Mam cichą nadzieję, że zostanie doceniona, ale nie ukrywam, że spodziewałbym się nawet czegoś więcej. Chciałbym, żeby po prostu ktoś dał tej płycie szansę.

musicis.pl: Mamy takie wrażenie po przesłuchaniu płyty, że jest w tym wszystkim jakaś taka niechęć do miasta. Szczególnie zapadł mi w tej kwestii w pamięć kawałek Fluorescencje. Nic Wam się w tym mieście nie podoba – plakaty, hałas, reklamy, duchota… Nie lubicie miasta?

Karol: Cieszę się, że zinterpretowałyście to w prawidłowy sposób. Utwór opowiada o złych wrażeniach wizualnych dużych miast. Jesteśmy estetami, ludźmi sztuki, lubimy piękno – ja interesuje się także malarstwem. Z tego powodu jestem dość wrażliwy na takie kwestie wyważenia kolorów, wyważenia harmonii, czy to w obrazach, czy na zdjęciach, a przestrzeń w której się żyje potrafi dość intensywnie oddziaływać na człowieka. Tutaj właśnie inspiracją była szpetota wielu miejsc, które gdyby nie reklamy, bilbordy i takie fluorescencyjne elementy przykuwające uwagę otoczenia mogłyby być piękniejsze. Wydaje mi się, że pewne miasta – w tym Poznań – zmierzają w taką stronę, której sam osobiście nie chciałbym doznawać. Przykładem jest nowy dworzec, który nocą po prostu jak w tej piosence… czyste Fluorescencje. Właśnie to była inspiracja – szpetota miast, które chcą być kolorowe, a nie widzą zalet choćby minimalizmu w architekturze. Wydaje mi się, że to jest takie typowo polskie podejście, bo kiedy pojedziemy na zachód, to tych reklam nie ma aż tak dużo, chociażby w Berlinie.

musicis.pl: Powiedzieliście też, że ta płyta to Wasz manifest niezależności – jak mamy to rozumieć, chodzi o niezależność jako artysty czy jako człowieka?

Karol: Wydaje mi się, że te dwie strefy się tu przenikają. Jeżeli ktoś jest artystą i jednocześnie niepokornym człowiekiem i ma coś do powiedzenia, to uważam, że to w naturalny sposób będzie przechodzić to na jego sztukę. Nie sposób tutaj oddzielić tych dwóch sfer – sztuki i tego kim się jest. Jeżeli sztuka jest szczera i niezależna i chce się przeciwko czemuś buntować to świadczy wiele o człowieku. Jest aktywny, twórczy i chce zmieniać rzeczywistość, która go otacza. Uważamy się za ludzi niezależnych, a głównie jesteśmy niezależni myślowo wtedy nasza sztuka również jest w jakiś sposób niezależna, bo przed nikim się nie tłumaczymy i stawiamy granicę dokładnie tam gdzie chcemy ją postawić. I tak, ta płyta jest naszym manifestem, bo wiele pokazuje – tworzymy ją z części, z których każda jest inna i pozornie to do siebie nie pasuje, ale to my tak chcemy. W dodatku tekst utworu W pełnym słońcu autorstwa Filipa jest takim manifestem bycia gdzieś poza ramami i zdystansowania się do tego świata, który ciągle czegoś od nas wymaga.

musicis.pl: Rozważacie podbicie zagranicy, czy na razie wolicie skupić się na razie raczej na rynku rodzimym?

Karol: Siłą rzeczy skupimy się raczej na rynku polskim, ale pewnie nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby ktoś zaproponował nam karierę międzynarodową, podobnie jak nie odmówilibyśmy również kariery tutaj na miejscu. Mam wrażenie, że części zespołów bardzo zależy na tym, by od razu podbić zachód, a w Polsce tymczasem mamy stagnację, jeśli chodzi o jakikolwiek rynek, lub co gorsza – wcale go nie ma. Osobiście wolałbym więc, żeby najpierw w Polsce zaczęła funkcjonować porządna scena muzyczna i wszystko działało tu tak jak powinno, niż od razu pchać się zagranicę.

musicis.pl: Czego więc możemy Wam życzyć w tym momencie?

Karol: Przede wszystkim, żeby ta płyta gdzieś w świadomości ludzi została. Czuję jakiś związek z tą płytą, jest to nasze dziecko i chcę alby mało szansę, bo wydaje mi się, że jest to dobry materiał, a jedyne czego potrzebuje to uwaga.

Nie ma więcej wpisów