Trzeba przyznać, że zaskakiwanie słuchaczy wychodzi grupie We Call It a Sound wprost wyśmienicie. Poprzednie dwa albumy zespołu udowodniły, że niestraszne im zarówno eksperymentowanie z dźwiękami, swobodne żonglowanie różnymi stylistykami, jak również nie boją się sięgania po nowe nurty i odważnego zestawiania ich. Moją tezę w pełni potwierdza trzeci już album w dorobku grupy – słowo Trójpole wcześniej związane wyłącznie z uprawą roli, nabiera kompletnie nowego, lepszego znaczenia.

O koncepcie podziału płyty na trzy odmienne gatunkowo części czytałam jeszcze długo przed jej pierwszym przesłuchaniem i prawdę mówiąc, obawiałam się zarówno zapowiadanej mieszanki wybuchowej, jak i konceptualnej symboliki (trzecia płyta, trzy części, tytuł Trójpole). Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie – dub, r’nb i folk współistnieją na krążku na zasadzie korzystnego mutualizmu – dzięki założonej z góry różnorodności widać wyraźne dystynkcje między kompozycjami, a całość jawi się spójnie i dojrzale. Poza tym okazuje się, że jeśli coś jest do wszystkiego, to wcale nie jest do niczego – a wręcz przeciwnie, bo koncepcja 3w1 to innowacyjny muzyczny sukces.

Płyta rozpoczyna się mocniejszym dubowym uderzeniem w utworze Wstręt, by stopniowo poprzez iwaszkiewiczowski Tatarak, Barwy Ochronne i Bajki sekwencyjnie przenosić słuchacza do części, gdzie w Skafandrze i Fluorescencjach królują już tylko syntezatory wraz dynamiczną dźwięczną wokalizą Karola Majerowskiego. We Call It a Sound nadają też nowego znaczenia nurtowi folkowemu, który w Polsce kojarzy się nieco staroświecko, a już na pewno prowincjonalnie. Zapewniam, iż po wysłuchaniu pomysłowo zaaranżowanych Kawalerskich Opowieści myślenie o tym gatunku nigdy już nie będzie takie samo. Bracia umiejętnie balansują między nowoczesnością a tradycją, nie tracąc przy tym nic ze swojej autentyczności – inspiracje szeroko pojętą ludycznością są tu wyraźne podkreślone i uwypuklone, co działa tylko in plus.

Nie sposób przy analizowaniu płyty pominąć tematu tekstów, będących niewątpliwie jednym z największych, o ile subiektywnie nie największym atutem Trójpola. Po raz pierwszy od początku swojej kariery We Call It a Sound zdecydowali się zaśpiewać po polsku, co paradoksalnie wcale nie jest w naszym kraju takie częste. Nie ma co ukrywać, że tworzenie w języku ojczystym bywa dla wielu artystów gwoździem do trumny i bardzo łatwo popaść w niesmaczny banał, ale w tym wypadku efekt okazał się niezaprzeczalnie dobry. Ekwilibrystyczne zabawy słowem i połączenie metaforycznej warstwy tekstowej z muzyką, dostarczają słuchaczom doznań wręcz synestetycznych: niemal bajkowego obrazu wsi „sielskiej, anielskiej” z rześkim zapachem traw i wiatru, okraszonych wydobywającym się z dala eterycznym wokalem.

We Call It a Sound udowodnili tu wiele rzeczy: że nie dają się za żadne skarby zamknąć w jasno wyznaczonych granicach gatunkowych, że niemożliwe jest włożenie ich kompozycji w szufladę z konkretnymi nazwami, a co najważniejsze – okazuje się, że polska muzyka jest w stanie obronić się sama swoją wysoką jakością. Po raz kolejny sprawdza się więc mądrość polskich przysłów, takich jak „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Dajcie więc Trójpolu odpowiednio dużo czasu na poznanie wszystkich jego smaczków, a na pewno odwdzięczy się Wam z nawiązką.

Nie ma więcej wpisów