Są zespoły, które stały się już marką. Nie znaczy to, że jakość oferowanych przez nie produktów zawsze jest na tak samo dobrym i wysokim poziomie. Znaczy to tyle, że cokolwiek sygnowane ich nazwą pojawi się na rynku, bez względu na recenzje i tak się sprzeda. Bez wątpienia jednym z takich zespołów jest Coldplay.

Ostatnie wydawnicze lata Coldplay to było raczej lekkie (a może i nawet nie tak lekkie) pikowanie w dół. Eksperymenty znane szczególnie z ostatniego albumu, piosenka z Rihanną… Aż boję się kończyć. Wystarczy przypomnieć sobie Coldplay sprzed lat, aby stwierdzić, że w tym momencie to tak jakby mówić o dwóch różnych zespołach. Ale tu już nie ma odwrotu – zarówno Muse jak i Coldplay nie będą już tymi zespołami znanymi z przełomu wieków. Nie bez powodu pojawiło się to porównanie – obie grupy z roku na rok wydają coraz słabsze płyty, ale z wyprzedaniem kilkudziesięciotysięcznego stadionu nie mają najmniejszych trudności. Rzesze wiernych, oddanych całym sercem fanów tylko czekają na jeden znak, żeby zaatakować sklepowe półki. Bardzo trafnie ujął to zjawisko w swojej książce o Joy Division sam basista zespołu, Peter Hook: Później, gdy wie się już nieco o tym, jak powinna brzmieć muzyka, zaczyna się szukać dziury w całym. Im dłużej się to robi, tym rzadziej podejmuje się ryzyko. Zabija się spontaniczność. Pozwalamy, by ograniczała nas sucha teoria i skonstruowane dawno temu zasady, które ostatecznie unicestwiają naszą kreatywność. Trudno nie przyznać mu racji.

Wieść głosi, że krążek powstał pod wpływem wydarzeń jakie miały miejsce w ostatnich czasach w życiu osobistym Chrisa Martina, dokładniej chodzi o rozpad jego długoletniego związku. Po takim wstępie można by oczekiwać krążka pełnego płaczliwych piosenek, w których wokal bardziej wchodzi w lament niż w śpiew, a instrumenty bombardują nas kaskadą smutnych, molowych akordów – nic z tych rzeczy.

Ghost Stories to nie jest wybitny album, ale wydaje mi się, że samo Coldplay nie starało się niczego wybitnego stworzyć. W porównaniu ze swoim poprzednikiem Mylo Xyloto, który wręcz tryskał radiowymi singlami, Ghost Stories wydaje się być czymś w rodzaju nowego rozdziału. Coldplay przestaje skupiać się na upchnięciu na krążku jak największej ilości potencjalnych hitów, a zaczyna po prostu nagrywać ładne, zgrabne piosenki. Tu typowo singlowych kawałków brakuje – jedynym utworem mającym szanse podbić listy przebojów jest A Sky Full Of Stars, cała reszta już jest bardziej wyciszona i odrobinę melancholijna. Nie udało się jednak uniknąć pojawiającego się momentami kiczu, dziwnych, bliżej nieokreślonych, wręcz komicznych pseudo-disco wstawek. Ale wiecie co jest w tym wszystkim najbardziej zaskakujące? Że to się podoba.

Brak hitów wcale nie jest ujmą dla tego albumu. Są tu bowiem niesamowicie dobre momenty, przy których warto zatrzymać się choć odrobinę dłużej. Magic, Midnight czy moim zdaniem najlepszy kawałek, bo przypominający nieco stare, dobre Coldplay – utwór Oceans, to są te numery, przy których opcja repeat na odtwarzaczu nie jest żadnym obciachem.

Nowy album Coldplay muzycznie do nich pasuje. Nie spodziewajcie się żadnego zaskoczenia czy wielkiej rewolucji. Muzycy jednak w końcu spuścili z tonu i zrezygnowali z pompatycznego grania na rzecz utworów bardziej stonowanych, nieco intymnych… Takich, które samą melodią potrafią opowiedzieć jakąś historię. Będąc już przy historiach, nawet tekstowo nie jest najgorzej. Chris Martin nie zapisze się raczej w historii jako wybitny tekściarz, a temat rozstania mógł spowodować, że powstanie płaczliwa płyta pełna wyrzutów i żenującego żalu, jednak niczego takiego tu nie ma.

Ten krążek już z założenia nie miał wzbudzać skrajnych emocji – ma być miło i przyjemnie, mimo ciężkich chwil. Efekt jak najbardziej osiągnięty, bo całości (pomijając drobne wpadki) słucha się naprawdę dobrze. Uwierzcie mi, że te melodie też potrafią wpadać w ucho – po dwóch przesłuchaniach będziecie potrafili zanucić połowę piosenek.

Zdecydowanie kupuję takie Coldplay. Coldplay, które mogę sobie spokojnie puścić wieczorem żeby po ciężkim dniu znaleźć ukojenie w rozmytych gitarach, którym towarzyszą lekkie elektroniczne wstawki i sennie brzmiące syntezatory. Dlatego nie będę się czepiać tego, że nie jest to ambitny album, że daleko mu do ostatnich nagrań Arcade Fire, Arctic Monkeys, o Bowiem nie wspominając. Ale chyba już samo Coldplay nie za bardzo ma w sobie tę ambicję, nie stara się zbudować czegoś ponadczasowego – bo na kartach muzyki i tak już zostawili swój ślad – tylko coś, co się spodoba im i ich fanom. A ta płyta spodoba się na pewno.

Nie ma więcej wpisów