Miłość według Tekli Mrozowickiej to rzecz dziwna, tajemnicza i przerażająca. Spoglądając na dość surową okładkę będącą kompletnie niewyróżniającym się zdjęciem na tle kolejnych przypadkowych fotografii z wyszukiwarki, przychodzi na myśl, że miłość to koty. W końcu połowa internetu składa się z kotów – zdjęć, filmów, dowodów uznania dla tych zwierząt. A jednak sama trzyczęściowa opowieść to już zupełnie inny, daleki od okładkowego wyobrażenia klimat. Śmiesznych dachowców tu brak, choć same dźwięki mogą niejednym przypominać uporczywe mruczenie ich podopiecznych.

Sam materiał jest jakże przyjemnie niezaskakujący. Miłość nie potrzebuje dookreślania, bo na dobrą sprawę to dobrze znany świat drone i noise’u, a jako kwadrans mrocznego odrealnienia w klimacie Sunn O))), spełnia swoją rolę. Odseparowanie jednak jego zawartości od dokonań innych twórców tych nurtów może okazać się zgoła wyzwaniem. Bo choć próba zanegowania umiejętności czerpania z wzorców i producenckiego zmysłu do komponowania spełźnie po niczym, tak samo przyznanie, że wytwór Técieu to praca wyraźnie wyróżniająca się, będzie już można obalić prościej.

Zarówno ośmiominutowe rozpoczęcie, jak i część o tytule II to powolnie przepływające, pełne kosmicznych wizji elektromagnetyczne fale o lekko ambientowych znacznikach. I choć szumy wydają się mieć za jedyne zadanie dotrwać od pierwszej do końcowej sekundy podrygów, sprawiają również wrażenie możliwych do rozwinięcia. Atmosfera dwójki mogłaby wpaść w ręce kompozytorów takich jak Alexandre Desplat, a jeśli chcielibyśmy dodać kilku bardziej podniosłych wątków – Hansa Zimmera. To jednak tylko możliwe rozwinięcia aranży, które przychodzą na myśl podczas zatapiania się w ich strukturę. Nieco inaczej rzecz ma się z ostatnią propozycją. Trylogię kończy bowiem ściana dźwięku, noise’owej szarży wygenerowanej ze ścierających się syntezatorów i raniących uszy sprzężeń. Wyrazista, jak i przeraźliwie odrzucająca propozycja.

Zaraz obok How How czy chociażby Sting nie zagra w Kazachstanie, wydanie tej EP-ki to dalsze poszerzanie eksperymentalnej część portfolio wytwórni. I choć obcowanie z Miłością jest na tyle przyswajalne, by stało się ciekawe, to nawet przy całkiem mocnej produkcji, staje się dość jednorazowe w swoim przekazie i łatwe do wyrzucania z pamięci. A jednak w dalszym ciągu warte przesłuchania, jak i śledzenia dalszych, a także przyjrzenia się poprzednim poczynaniom Mrozowickiej. Tyle i aż tyle.

Nie ma więcej wpisów