Można by zacząć od wymieniania kolejnych osób, których wkład znalazł się na tej płycie, ale to raczej tylko kwestia dorobienia sobie kilku kolejnych wersów tekstu. Bo zważywszy na fakt tak wielu reprezentantów różnych muzycznych nurtów, kultur i inspiracji, mogłoby się zdawać, że brak tu dostatecznego miejsca dla wszystkich. A jednak, tak jak sugeruje tytuł – wszystkie części zamknięte w szczelnym opakowaniu mają w tym zestawie swoją odrębną przestrzeń, każdy z wykonawców jest na swój sposób wartością dodaną, jak i pewnym ciężarem. Koncept całości ma jednak swój urok, dopóki potrafimy korzystać z wyobraźni.

Nie sposób odmówić Ambroziakowi – jak i Markowi Dulewiczowi, który zajął się masteringiem albumu – że nie potrafi wyrazić swoich pragnień w formie przekazu dźwiękowego. Że to, co przedstawiał swoimi poprzednimi dokonaniami w formie EP-ek, nie było jedynie pewnym zarysem fantazji, które raczej nie korespondowały z konkretnymi oczekiwaniami spragnionego łatwości odbiorcy. Mikrokosmos nie dość, że nie zmienia sposobu serwowania muzyki, to nie stawia też na większą przyswajalność jej dawek, nawet jeśli staje się tylko odrobinę bardziej przyjazne za sprawą jednego czy dwóch elementów. A jednak ten nieprzystępny obszar, w jaki zapuszczamy się z Noxem, funkcjonuje – choć nie bez drobnych zgrzytów.

W zasadzie nie zmienia się forma znana chociażby z wydawnictwa Atom, gdzie poszczególne elementy oscylują wokół wypracowanej formuły dwóch minut. Rozłożenie akcentów tych krótkich form jest jednak całkiem przemyślane i trzeba przyznać, że jak na tak duży bagaż aranżacyjnych inspiracji, setlista albumu nie staje się niekończącym pasmem tarć i kolizji. Wystarczy spojrzeć choćby na mechaniczne, industrialne Robots, którego wplecione w całość retro konsolowe wspomnienia (a wydobyte z mikroKorga), następują po kojącej lekkości Flowers. Zbicie niemal w jedno podobnych przeciwstawieństw przynosi zazwyczaj orzeźwienie, którego na dobrą sprawę Mikrokosmos ze swoim eklektyzmem nie potrzebuje.

Sama otoczka albumu przypomina nieco dokonania Flying Lotusa, choć na dobrą sprawę hiphopowe zacięcie anarchicznych, połamanych aranży w tak charakterystycznym stylu dostarcza tylko fantastyczne Harour. Reszta utworów jest ciężka do sprecyzowania pod względem upatrzenia w nich tylko jednego artysty, chociaż etniczne odniesienia nie tyle przypominają niektóre prace Amona Tobina, co kierują nas raczej w pewien orientalizm Nitina Sawhneya. U Ambroziaka królują azjatycko-centrowe zaśpiewy oraz dość erotyczne kuszenie głosem (Latawce z udziałem Lil Ironies) egzotyczne instrumentarium i pełne hipnotycznej pulsacji dalekowschodnie motywy (DrugBirds).

Ten sprawny wyróżnik w postaci kulturowych motywów wrósł na Mikrokosmos i choć pozostaje akcentem wyrazistym, nie przesiąka nim cała produkcja. Zanurzamy się więc dalej w elektronicznych odmętach, gdzie słychać ambientowe echa, syntezatorowe lo-fi, efemeryczne pogłosy. Powolna mechanika Popiołów i diamentów ma charakter pozytywki, minimalistyczne Dragon Tattoo to powrót do gęstszego trip-hopowego nurtu, a w swojej nazbyt melodyjnej formie, cukierkowy Elephant, przy hałaśliwie pędzącej perkusji i dźwięcznym wokalu Wieczorek, staje się wizytówką Ambroziaka w mainstreamie. I nawet, jeśli traktować ten numer jako kompletne oderwanie od jego wizerunku, to jako element odrębny – zresztą, który z tych numerów nie powinien być tak traktowany? – broni się doskonale, ubogaca zbiór mikrokosmosów o przestrzeń uporządkowania, ogólnie pojmowanej ładności.

Forma Mikrokosmosu sprawia, że jednocześnie trudno się w pełni nacieszyć wartością utworów, które zwykły śmiertelnik przedłużyłby co najmniej dwukrotnie, z drugiej takie skity pokazują duży zakres umiejętności kreacji świata przedstawionego. Niekiedy jednak tak słuszne decyzje, jak zastosowana tu kondensacja, powodują mankament w postaci zbytniego zagubienia w teksturach. Momenty genialne w swej prostocie czerpania z tradycyjnych wzorców mieszają się z tymi bardziej przeciętnymi (Wooden Faces, Forest Bellows, Space z zepchniętym wokalem a la Brian Molko), co nie pozwala wybrać sobie odpowiedniego wątku tych historii, który można męczyć przyciskiem reapet. Zmusza to do całościowego pochłonięcia albumu, by odkryć te skale mikro w muzycznej przestrzeni, których jakości nie jesteśmy do końca pewni.

Przywołane tu nagromadzenie bodźców i dźwiękowych niewiadomych jest jednak skutecznym magnesem, by próbować raz za razem. Wspomniana na początku masa nazwisk nie wywiera presji, będąc jedynie ważnym składnikiem, a nie esencją utworów, co tym bardziej cieszy i stawia Noxa w pozycji świadomego swojej wizji. Co więcej, Mikrokosmos nie staje się przerostem formy nad treścią, a raczej optymalnym postępowaniem zgodnym z możliwościami, jakie sam artysta zdoła wytworzyć. Kuba Ambroziak sięga więc tam, gdzie potrafi, zastępując fantazje na temat możliwości bycia tym czy innym twórcą swoim ja – tu i teraz. Z kilkoma błędnymi ścieżkami, lecz bez zbędnych kombinacji i przerysowań udaje się mu swoim debiutem oczarować – wystarczy się tylko otworzyć.