Miała być relacja. Miała…

Ciężko jednak napisać cokolwiek na temat koncertów, kiedy w ciągu trzech festiwalowych dni widziało się w pełni dwa występy. Według organizatorów Orange Warsaw Festiwalu możesz być albo fotografem, albo dziennikarzem – twój wybór.

Mogę więc z góry uprzedzić, że to raczej będzie anty-relacja niż relacja z festiwalu, który organizacyjnie zatrzymał się gdzieś daleko za pozostałymi, mimo że próbuje udawać, że wcale tak nie jest.

Niestety od pierwszego dnia absurd gonił absurd. Chadzanie zwartymi grupami wyznaczonymi ścieżkami, broń boże nie wynoszenie sprzętu na teren miasteczka i brak czegoś w rodzaju przechowalni / depozytu (tak na wypadek gdyby jakiemuś fotografowi wpadł do głowy absurdalny pomysł obejrzenia jakiegoś koncertu) skutecznie uniemożliwił mi obejrzenie czegoś więcej niż pierwszych trzech utworów z występu niemal każdego artysty.

Mogę więc wam powiedzieć, że pierwsze trzy kawałki Queens of the Stone Age były naprawdę spoko (pod sceną było nawet coś słychać), szczególnie No one knows, podobnie pierwsze trzy kawałki Kasabian, Hurts, Bring Me The Horizon czy fenomenalnej Ella Eyre. Za to zaobserwowałam ciekawe zjawisko – im zespół starszy, tym daje lepszy i bardziej energetyczny koncert. Wyjście na scenę uwielbianych The 1975 bardziej przypominało zabawę zblazowanych dzieciaków niż koncert, czego nie można powiedzieć choćby po ultra energetycznym występie Limp Bizkit, którego to zespołu nigdy wielką fanką nie byłam, jednak wrażenie zrobili naprawdę pozytywne.

Wracając jednak do samego Orange Warsaw Festiwalu, dawno nie spotkałam się z takim brakiem zaufania. Nie wiem z czego ten medialny reżim wynikał, ale poczułam się bardziej jak wróg publiczny, a nie partner, który w założeniu ma swoimi odczuciami, materiałem zdjęciowym i prasowym promować odbywające się wydarzenie. Co prawda dało się czasem wyprosić kontrolowane wyjście na zrobienie zdjęcia tego, czy owego, ale drogie Rochstar Events, naprawdę są inne sposoby na okiełznanie mediów niż prowadzanie ich z koncertu na koncert jak przedszkolaków.

W dodatku organizatorzy dołożyli wszelkich starań, żeby utrudnić pracę fotoreporterów – jednym z większych absurdów było wpuszczanie do fosy mediów piszących relację, jakby nas jeszcze w fosie było za mało. Tak koledzy po fachu, to mały hejt w waszą stronę. Rozumiem, że fajnie jest sobie obejrzeć Florence z odległości trzech metrów (może uda się ajfonem strzelić selfie z Flo w tle?), ale przeszkadzacie, przeszkadzaliście i przeszkadzać będziecie plącząc się nam pod nogami.

Żeby tego było mało pech chciał, że wiatr przewrócił ekran przy Warsaw Stage i już na dzień dobry odwołano trzy koncerty. Dzięki temu mogłam zobaczyć Pixies, bo się z niczym nie pokrywało, więc w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Słowo zobaczyć jest tu kluczowe, bo na pewno nie usłyszeć. Trafiłam gdzieś w internecie na idealne podsumowanie tego koncertu – karaoke dla fanów. Pomimo przechwalanek promotorów festiwalu jakim to nowoczesnym i cudownym sprzętem nagłaśniającym dysponują, stadion pokonał ich w pierwszej sekundzie pierwszego koncertu. Okrutnie odbijający się dźwięk zakłócał wszystko i nie pomagało podgłaśnianie dźwięku do granic wytrzymałości głośników i samego stadionu, a chyba taką taktykę przyjęto. Jednak z tego co mówili organizatorzy – co złego to nie oni. W końcu zawsze wpuszczają za konsolę człowieka z zespołu. Jak widać, wszyscy artyści grający na Orange Stage zatrudniają półgłuchych akustyków.

Na pewno jasnym punktem festiwalu był koncert Florence and The Machine (drugi, który miałam szczęście obejrzeć) i odnoszę wrażenie, że tu z nagłośnieniem nie było już tak źle (czyżby bardziej uzdolniony akustyk?). Florence zawsze robi świetne wrażenie. Jej pasja, zaangażowanie, emocje i energia na scenie udziela się każdemu i było to widać po szalejącym na stadionie tłumie fanów z wiankami na głowach i twarzami pokrytymi brokatem. Nawet Ci, którzy miejsca mieli na samym szczycie stadionu na jedno słowo Florence skakali jak oszalali. Brokat unosił się na stadionie jeszcze dzień później i pewnie unosi się nadal.

Trzy dni spędzone na spacerowaniu między scenami w obstawie ludzi z Rochstar Crew minęły jak z bicza strzelił. Nie chcę jakoś specjalnie sączyć jadu w stronę Rochstar Events, ale jeszcze spora droga przed nimi jeżeli chodzi o organizowanie wydarzeń na taką skalę i współpracę z kimkolwiek. Mimo że line-up wyglądał imponująco i artyści, którzy pojawili się w ubiegły weekend w Warszawie to była ta wyższa półka, to organizacja i fatalnie nagłośniony obiekt zrobił swoje. Ciężko wrócić z tegorocznego Orange Warsaw Festiwalu z dobrymi wspomnieniami, a szkoda bo zapowiadało się fajne wydarzenie. Miało być świetnie, a wyszło jak zwykle.

Nie ma więcej wpisów