Lana to smutna, zagubiona dziewczynka i trudno było podejrzewać, że Ultraviolence jakkolwiek zmieni jej postrzeganie świata, jak i sam obraz, jaki wokół siebie kreuje. Wydawało się, że w  przedstawionym schemacie wszyscy, którzy Born To Die przyjęli bez mrugnięcia okiem, będą usatysfakcjonowani, reszta wyda z siebie tylko zduszony odgłos ziewnięcia na myśl o kolejnej porcji spod znaku mało dynamicznych i niezbyt wyrazistych kompozycji. Dziwi więc tak zaskakujący obrót sprawy, gdy zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno potraktowaliśmy Del Rey z całkowitym szacunkiem, nie próbując rozpracować jej charakterystycznej odrębności.

Przeprosin jednak nie będzie. Zamiast tego, powinniśmy się zastanowić, czy jej pojawienie się dwa lata temu z wiadomością i’m your National Anthem było tylko pretensjonalnością, czy raczej pewnym brakiem przełożenia wcielenia Lizzy Grant, niewystarczającego uwypuklenia jej postaci. Tym razem stylizowane na czerń i biel historie nabierają bowiem wymiaru pełniejszego, a poprzez blues-rockowe tło i jazzowe odniesienia, depresyjne stany Del Rey odnajdują swoje właściwie miejsce, którego próżno było na Born To Die szukać.

Poprzez Ultraviolence Lana wpisuje się w kanon bardziej klasycznych teatralnych postaw, pochwały smutku i melancholii. Retro wyznaczniki jazzowych inspiracji, jak i muzyki samego Lou Reeda, poezja bitników, fuzje przesadniej nieromantyczności z seksualną bezmyślnością, uczuciowy masochizm w ujęciu przemocy fizycznej – centrum w całym tym tematycznym nieuporządkowaniu zajmuje w dalszym ciągu egzaltowana Lana. Jednak tym razem jest wreszcie w stanie każdą z tych historii dostarczyć.

Łączące się z opowieściami narkotyczne psychodelie gitarowe, tworzą tło, w które bez żadnych niedopowiedzeń Lana zaczyna pasować. Leniwe ballady, nawet bez bardziej precedensowych momentów dźwiękowych podrygów, okazują się wreszcie dobrze napisanymi utworami, które nie przypominają jednostajnej, kilkunastominutowej formy. Dużą zasługą staje się aranżacyjne pchnięcie przez Dana Auerbacha, który naniósł echa stylistyki swojego głównego projektu – żeby tylko wspomnieć Sad Girl czy sześciominutowy wstęp w postaci Cruel World.

Ważną rolę gra tu nie tylko samo aranżacyjne przetasowanie, ale i doświadczenie znaczącej różnicy w kwestii wokalnych modulacji, bo tylko w niewielkim stopniu głos Grant pozostał tak samo przeraźliwie chłodny. Del Rey okazuje się być postacią żywą i ekspresyjną, lecz nawet, gdy święci swój triumf, wykonując własną saksofonową wersję melancholijnego The Other Woman Niny Simone, nie stroni od tytułu królowej smutku.

Oczywiście najbardziej kuriozalnym momentem wciąż zostaje wstęp do Fucked My Way To The Top, w którym bezemocjonalnie oznajmia life is awesome, i confess, jednak nawet to można chyba przypisać dawnym złym nawykom, niż mówić o jakimś nadużyciu. To, jak i wspomnienie tu nieco mniej ciekawych tworów tak naprawdę jest tylko drobnostką, jeśli potrafimy bezwstydnie oddać się monotematyczności refrenowego zaśpiewu Sad Girl, ekscytować tęsknym West Coast, a nawet utożsamić się z tytułem dość przesadnie podniosłego Money Power Glory.

Dla wielu ocena zjawiska alter-ego Lizzy Grant mogłaby zakończyć się na zwykłej tolerancji. Zawsze znajdą się ci, którzy będą uważali del Rey za nieautentyczną, nudną dziewczynę z sąsiedztwa, której jedyną rozrywką w życiu jest snucie gorzkich wizji. Zaprzeczając jednak wszystkiemu, co znalazło się na tym albumie lub dyskredytując go ze zwykłego uprzedzenia do samej postaci, wydaje się wyrok niesprawiedliwy. Tak, Lana Del Rey jest postacią tragiczną, cierpiętniczą i pełną żalu. Ale w tym wypadku zawsze znajdą się smutniejsi niż ona – ci, którzy dalej będą udawać, że Ultraviolence nie jest ciekawym zwrotem w jej karierze, że nie jest dobrym albumem.

Nie ma więcej wpisów