Gdy w pochmurny dzień stoi się nad brzegiem morza, czasem silny wiatr przenika człowieka, że aż czuje on ten chłód w kościach. Wzburzona przestrzeń wody wydaje się przerażająca, ale i fascynująca zarazem. Nieprzewidywalność tego żywiołu może być idealną metaforą ludzkich emocji. Równowaga między radością i niepewnością, którą znajduję zarówno w ludziach jak i w wodzie, przywiodła mnie do ‚Whelm’ – mówi Douglas Dare, dwudziestotrzyletni pianista i wokalista z nadmorskiego Bridport.

Jego wydany pod szyldem Erased Tapes (wytwórni Nilsa Frahma czy Ólafura Arnaldsa) debiut hołduje minimalizmowi. Większość utworów opiera się na wokalu artysty i jego pianinie, ugruntowanym perkusją współproducenta Fabiana Prynna. Jak świetnie Dare ma opanowany ten instrument, słychać chociażby w Repeat. Gdyby zostawić tylko linię melodyczną tworzoną przez klawisze, miałoby się do czynienia z kawałkiem świetnej muzyki klasycznej. Z kolei pobyt w studiu znanego producenta, Flooda, uzupełnił kompozycje o elektroniczne tchnienie. Nie są to basy podobnego we wrażliwości James Blake’a, ale syntezatory sprawdziły się świetnie na przykład w kawałkach Unrest czy Swim. Użycie Minimooga zagęszcza i tak niepokojącą atmosferę, a także wyrywa Dare’a ze schematu śpiewającego pianisty à la Tom Odell.

Utwory na tej płycie są jak fale. Z reguły zaczynają się delikatnie, by w którymś momencie osiągnąć apogeum, a potem rozmyć się i przejść jeden w drugi, układając się w obraz ludzkich emocji. Douglas Dare to bowiem wyjątkowo wrażliwy poeta, czerpiący inspiracje z różnych źródeł. Podróż przez album jest jak przeglądanie zagubionego pamiętnika, który ktoś znalazł na plaży. Teksty są poruszające i bardzo szczere w przekazie, mimo że autor własne emocje wyraża często ustami innych podmiotów.

Zwrócić uwagę należy na podkreślaną przez wielu kompozycję London’s Rose, pisaną z perspektywy człowieka szukającego schronienia w stacji metra podczas bombardowania miasta. Jakąż moc mają wykrzyczane niemal słowa take us back up to the top wieńczące album. Patrząc całościowo, warstwa liryczna płyty sprowadza się do zbioru człowieczych nadziei, miłości i niepokojów. Momentami lekko przeszywa ona brutalną bezpośredniością. Jak choćby fragment z utworu Clockwork. Measure time but it will move / Hold it close but it won’t prove / Anything, śpiewa Dare.

Słuchacz wędruje więc prowadzony pięknymi w swej prostocie dźwiękami i przejmującym wokalem muzyka. Mimo że słońce świeci tutaj tylko momentami, jest to owocna przygoda. Spoglądając na świat oczami wyjątkowo dojrzałego, młodego człowieka, próżno szukać przerostu formy nad treścią. To w najcichszych momentach album brzmi najpełniej, a w najprostszych słowach tkwi największa siła. Odpalam zatem po raz kolejny takie perły jak Nile czy Caroline i, chociaż wieje od nich chłodem i melancholią, wciąż nie mogę się oderwać.

Nie ma więcej wpisów