27 czerwca w krakowskim klubie Alchemia już po raz drugi zagościł Ryan Karazija ze swoim solowym projektem Low Roar, który na pewno doskonale znają wszyscy sympatycy muzyki inspirowanej Islandią. Występ artysty i tym razem cieszył się ogromnym zainteresowaniem – podobnie jak w marcu tego roku podziemia kazimierzowskiego klubu wypełnione były po brzegi, a o bilety na koncert należało zadbać odpowiednio wcześniej – sprzedawały się lepiej niż ciepłe bułeczki i naprawdę trudno było dostać je w dzień wydarzenia.

Zadanie wprowadzania publiczności w atmosferę sielskości należało do oly. czyli Aleksandry Komsty, której twórczość zbliżona jest stylistycznie do akustycznych kompozycji wykonywanych przez Fismolla. Oboje reprezentują nurt młodych i zdolnych polskich artystów, którzy mimo młodego wieku cechują się wyjątkową dojrzałością i świadomością procesu tworzenia. Skromna i niezwykle skupiona dziewczyna na scenie pojawiła się wraz z gitarzystą Miłoszem. Mimo krótkiego występu udało zaprezentować się im zarówno znane utwory jak response czy after;life, ale też kilka nowych, w tym jeden jeszcze niezatytułowany i nie wykonywany nigdzie wcześniej. Śpiew artystki dopełniały ukulele i kalemba – równie kameralne instrumenty jak muzyka, którą tworzy dziewczyna. Sielski nastrój dopełniły jeszcze nieoczekiwanie wypuszczane przez publiczność bańki mydlane, tworząc w przestrzeni klubu kojącą atmosferę łagodności.

Występ projektu Low Roar zdecydowanie nie był tworem w pełni akustycznym. Na scenie krakowskiego klubu pojawił się bowiem nie tylko Ryan Karazija odpowiedzialny za gitarę i wokal, ale również perkusista Logi Guðmundsson oraz człowiek od syntezatorów – Leifur Björnsson. Muzycy zaprezentowali publiczności w większości utwory z doskonale przyjętego albumu z 2011 Low Roar, ale pojawiły się też smaczki z nadchodzącego w lipcu tego roku 0. Wydawało mi się, że występ był skrzętnie zaplanowany od początku do końca, całkowicie przemyślany i dzięki temu odpowiednio wyważony emocjonalnie. Między kolejnymi utworami Ryan rzadko kierował swój głos w stronę publiczności, pozwalając by muzyka służyła za jedyny i słuszny środek komunikacji między zespołem a widownią. Rozrywające serce utwory na gitarę brzmiały jeszcze bardziej urokliwie w towarzystwie dobrze nagłośnionej elektroniki, ale niektóre jak Just a Habit zostały zaprezentowane w oryginalnej akustycznej wersji. Karazija podbił moje serce też wzruszającym wykonaniem a capella Friends Make Garbage (Good Friends Take It Out), kiedy to bez wspomagania się mikrofonem czarował publiczność tylko i wyłącznie charyzmatycznym wokalem.

Publiczność niezaprzeczalnie poddała się islandzkiej wrażliwości muzyków i została w całości wchłonięta przez świat Low Roar. Mimo ścisku i dusznej atmosfery podziemi klubu udało się wytworzyć na tych kilkudziesięciu metrów kwadratowych atmosferę intymności, błogości i wyciszenia. Mam nadzieję, że artysta nie zapomni o Polsce podczas swojej kolejnej trasy koncertowej, bo odurzające wrażenia po takich koncertach to lepsze lekarstwo na samopoczucie niż wszelkie medykamenty i zdecydowanie powinny być serwowane regularnie w dużych dawkach. Oby do zobaczenia wkrótce w Krakowie, Low Roar.

Nie ma więcej wpisów