Mam w pamięci obraz We Were Drifting On a Sad Song jako albumu zachwycającego. Próba rujnowania tego poglądu, nawet poprzez wyliczenie pewnej muzycznej niekonsekwencji zespołu, stylistycznego nieuporządkowania nie zrobi na mnie wielkiego wrażenia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że druga płyta Sleep Party People była próbą sił, rozszerzeniem króliczego portfolio, które dla jednych – zachwyconych debiutem – mogło okazać się pewnym rozczarowaniem, zaś ci, którzy liczyli na pewne drobne zmiany aranżacyjne, przyjęli tamten okres ze sporą radością.

Floating jest właściwie najbogatszą stylistycznie i najciekawiej opowiedzianą ofertą, jaką duński zespół do tej pory złożył, a jednak pomimo produkcyjnej przyjemności i złożoności samego albumu, początkowo nie wywołuje efektu, jakiego można by się spodziewać. Zdecydowanie większa klarowność instrumentalno-wokalna nieco obdziera zespół z dozy tajemniczości, jednak na dłuższą metę jego czterdzieści minut okazuje się skrywać swoją porcję doznań w zupełnie innych elementach – hipnotycznych aranżacyjnych, melodyjności, potędze brzmienia.

Tradycyjne zostaje już zmieszczenie własnego dzieła w przestrzeni dziewięciu pozycji, jednak matematyczny urok Floating jest znacznie szerszy. Jeśli tylko dzielić ten album na poszczególne sekcje, tak naliczymy tu warstwę tradycyjnie dream-popową, nieco bardziej eksperymentalną oraz wyraźnie progresywną. A i kwestia podobieństw do kolegów z branży muzycznej będzie tu zauważalna, jak nigdy do tej pory.

To co najciekawsze na We Were Drifting… to złowrogi klimat, pełen melancholijnych, a jednocześnie przerażających wokali, magnetycznych fortepianowych ballad i zestawień dźwięków, których surrealizm bliski był obrazom Davida Lyncha. Tego Floating proponuje wyjątkowo mało, choć nie da się ukryć, że zdecydowanym faworytem przywoływania wspomnień pozostaje utwór Only a Shadow. Tradycyjną formę sennego zawodzenia przywdziewa jeszcze rozpoczynające album Change In Time, które jednak w swoim brzmieniu stawia na większą otwartość i przyjazność.

Zupełnie odmienną, bo mroczną i narkotyczną wizję przedstawia In Another World – chyba najcięższa (i jedna z lepszych) pozycja w dorobku grupy, gdzie perkusyjny podkład bliski trip-hopowym wibracjom ściera się z sennym, choć wyraźnie odmiennym wokalem Batza. Zresztą sama kwestia czystości wokali, które z reguły przeraźliwie potraktowane auto-tunem, stają się tu dość wyraźne i nazbyt zwyczajne, jest pewną przeszkodą w dostrzeżeniu w Sleep Party People dawnego zespołu. Wyzbycie się charakterystycznych, niesprecyzowanych językowo majaków może okazać się najcięższym do zaakceptowania stanem.

Wraz z nieco szybszymi, pełnymi motorycznych gitar i bardziej zbitymi kompozycjami zmienia się niemal każdy aspekt grupy, która swoją twórczość pokładała w lekkości. Pewną dawkę nieznośnego nabuzowania shoegazowej przestrzeni przynosi także część wyraźnie post-rockowa. O ile jednak I See The Moon ze swoją elektroniczną efemerycznością i magią głosu Lisy Light – której wokal uderza w tony francusko-angielskich opowieści Régine Chassagne – zbliża Duńczyków w kierunku Arcade Fire, tak koniec instrumentalnego tryptyku poprzedzają części nawiązujące raczej do okresu wydania przez Mogwai płyt Happy Songs… oraz Mr. Beast.

Strata kilku dotychczasowych punktów zaczepienia nie stawia Briana Batza i spółki w położeniu, które byłoby nieakceptowalne czy nawet okazało się punktem bez wyjścia. Co więcej, eksploracja nowych terenów staje się dla zespołu nie tyle wyzwaniem i próbą, co wyraźnie przemyślanym i dopasowanym do ich charakteru konceptem, zatwierdzeniem własnej muzycznej pewności. Tak jak poprzednie wydawnictwa, Floating nie skupia się na tym, czym według wielu Sleep Party People powinno być, a naturalnie ewoluuje. I po raz kolejny robi to z wielką gracją, co jest tym bardziej niesamowite.

Nie ma więcej wpisów