Połowa festiwalu już za nami. Drugi dzień Open’er festiwalu obfitował w takie gwiazdy jak Pearl Jam, Darkside czy MGMT. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z drugiego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

MGMT (Open’er Stage)

Bez większych emocji podchodziłem do tego koncertu. Głównie za sprawą bardzo przeciętnego ostatniego albumu, a także niezbyt pochlebnych opinii na temat ich występów na żywo. To była moja pierwsza okazja żeby znaleźć się na ich koncercie i musze przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Może nie był to w całości porywający koncert i nie przyciągnął tłumów ludzi, ale trzeba im oddać, że naprawdę się postarali i zarówno nowe utwory, jak i największe hity brzmiały bardzo dobrze. Co prawda wielu wolało w tym czasie mały chillout na trawce, z dala od głównej sceny, ale fani w pierwszych rzędach (i nie tylko) byli wyraźnie zadowoleni. Nie mogą się zatem mylić.
Adam Bombrych

Od początku podchodziłam do tego koncertu sceptycznie, a występ na Openerze tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że MGMT nie jest zespołem dla mnie. Poza singlami ten zespół nie ma nic ciekawego do zaprezentowania, więc nie podzielam entuzjazmu ludzi zebranych pod Open’er Stage, którzy bawili się wyśmienicie. Dla mnie zwyczajnie wiało nudą.
Karolina Lewandowska

The Afghan Wings (Tent Stage)

Trudno tak w zasadzie napisać coś odkrywczego na temat tego zespołu. The Aghan Whigs to starzy wyjadacze i nie znają takiego pojęcia jak „słabszy koncert”. No i oczywiście wyjątkowy Greg Dulli, którego wokal i już samo to, co robi na scenie oraz w jaki sposób gra, a także jego ekspresja przyprawiają o gęsią skórkę. Myślę, że widzowie powinni być i byli zadowoleni. W setliście nie zabrakło miejsca zarówno dla przebojów ze starszych lat, jak i dla coverów Tusk Fleetwood Mac czy Across The 110th Street Bobbiego Womacka.
Adam Bombrych

Panowie reaktywowali się dwa lata temu i chyba nikt się nie spodziewał, że są w stanie po takiej przerwie nagrać tak wpadający w ucho krążek. Na scenie namiotowej udowodnili, że nie zapomnieli jak wygląda rock’n’roll w wersji koncertowej. Gitarowe solówki niosące się pod połaciami namiotu pieściły uszy miłośników gitarowego grania. Nic na tym koncercie nie było udawane – Greg i spółka grali na maksimum nie oszczędzając się przez ani jedną sekundę występu. Pokazali także, że ostatnia płyta ma większego pazura w wersji live niż studyjnej – pojęcie słaby koncert zdecydowanie w ich słowniku nie figuruje.
Karolina Lewandowska

Jagwar Ma (Alter Stage)

Ach ci Australijczycy. Kolejny rok i kolejny świetny koncert w ich wykonaniu. W ubiegłym było to Tame Impala, wczoraj mogliśmy posłuchać Jagwar Ma. Posłuchać to jednak stanowczo za mało powiedziane. Muzycy mieli niesamowite szczęście, że trafili prawdopodobnie na jedną z najlepszych publiczności na tegorocznym Open’erze. Kontakt widownia-zespół był znakomity. Panowie grali bezbłędnie, bardzo żywiołowo, a publiczność dała się ponieść szaleńczej zabawie. Niech żałują ci, którzy nie byli!
Adam Bombrych

Pearl Jam (Open’er Stage)

Nie miałam żadnych oczekiwań do koncertu Pearl Jam, jednak czułam, że co by się nie działo, bawić i tak będę się wyśmienicie. Nie pomyliłam się ani trochę. Uroczy, nieco wstawiony Eddie często zagadywał publikę opowiadając anegdoty, nawet pokusił się o zmierzenie się z językiem polskim, szczerze mówiąc nadal do końca nie rozszyfrowałam tego zdania. Przyznał się także, że mało co, a Pearl Jam nie zagrałby na tegorocznym Openerze ponieważ Jeff Ament (basista zespołu) zapomniał… paszportu. A sama muzyka? Co tu wiele opowiadać – dla Pearl Jam scena to środowisko naturalne, Eddie wie jak porwać publiczność i nie muszą się w tym celu dwoić i troić. Fenomenalnie wypadają na żywo kawałki z ostatniej płyty Amerykanów jak Mind Your Manners, Lightning Bolt czy Sirens, ale nie zabrakło starszych utworów oraz hitów z kategorii the best of, które zna każdy bez względu czy na co dzień słucha Pearl Jam czy nie, z Jeremy i Alive na czele. Koncert zakończył fenomenalny cover kawałka Baba O’Riley The Who. Skaczący z gitarą (i bez gitary) Eddie, szalejący tłum pod sceną i wiele ciepłych słów w kierunku fanów – czy czegoś więcej potrzeba? Chyba nie.
Karolina Lewandowska

Darkside (Tent Stage)

Osobiście czekałem na ten koncert jak na mało który. Duet Darkside wydał uważaną za jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku. Z wdziękiem ożenili elektronikę i psychodelicznego rocka, co przyniosło efekt piorunujący, ale nie dla każdego łatwy w odbiorze. Istniały zatem uzasadnione obawy, że pod namiotem znajdą się osoby przypadkowe, chociaż to najmniejszy problem, bądź co istotniejsze, zakłócające odbiór. Mimo wszystko Nico i Dave zostali moimi mistrzami. Udało im się zrobić coś niesamowitego. Do tej niełatwej twórczości rozbujali i roztańczyli praktycznie cały namiot.
Adam Bombrych

Nie ma więcej wpisów