Trzeci dzień festiwalu wymagał od nas wielu wyrzeczeń. Na każdej scenie prezentował się ktoś, kogo występ szkoda było przegapić, jak się okazało, mistrzem dnia został fenomenalny Jack White. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z trzeciego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

Hello Mark (Alter Stage)

Poznań ma w tym roku mocną reprezentację na Open’er Festiwalu. Dzień trzeci na Alter Stage rozpoczął zespół Hello Mark. Koncert rozpoczęli energetycznie jak to na Marków przystało. Wokal Oskara nadal momentami przypomina mi Toma Smitha z Editorsów, ale muzycznie to zupełnie inna bajka. Widziałam Panów na scenie już nie raz i widzę, że na Open’erze postanowili dać z siebie absolutne maksimum. Dzikie tańce Oskara i energiczne skakanie obu gitarzystów dodawało wszystkiemu pazura i sprawiało, że publika nie pozostawała Panom dłużna. Piski pod sceną i spontaniczne oklaski rozbrzmiewały po każdym utworze. Jednak solówki Michała grane niemal nad pierwszym rzędem zebranych przy barierkach fanek i finałowy cover Byłaś serca biciem Andrzeja Zauchy – mistrzostwo!
Karolina Lewandowska

Foals (Open’er Stage)

Kiedy chodzi o Foals moje obiektywne spojrzenie na muzykę idzie w las i długo nie wraca. Pełne słońce prażące plecy fanów i oślepiające muzyków na scenie – prawdziwa Spanish Sahara. Panowie zaczęli dość… asekuracyjnie. Prelude delikatnie rozbujało publiczność i z każdym kolejnym utworem temperatura wśród publiczności wzrastała wprost proporcjonalnie do szaleństw na scenie. Nie obyło się bez największych hitów grupy i to właśnie Inhaler sprawił, że przed Open’er Stage zawrzało! Two Steps, Twice rozbiło bank, kiedy Yannis podkręcał wszystkich wspinając się na barierki. Dlatego w pełni subiektywnie przyznaję bawiłam się świetnie i kocham tych chłopaków absolutnie! To był cudny koncert!
Karolina Lewandowska

Zespół ten ma tendencje do grania w ekstremalnych warunkach. Jak nie zacinający deszcz to słońce godziny 19 uderzające prosto w oczy. To nie była według mnie właściwa pora, ale w końcu Spanish Sahara miała odpowiednią oprawę. Co do samego koncertu, wydał mi się nieco nierówny, panowie dość długo się rozkręcali. Skończyło się jednak na energetycznym, mocno gitarowym show. Trzeba przyznać, mało kto ma charyzmę jak Yannis. A jego spacery dały podwójnie zgrzanym fanom dużo powodów do radości.
Katarzyna Kowalik

Nie wiem czy to kwestia grania w pełnym słońcu, czy to ogólnie poziom, który osiągają na koncertach, jednak słysząc opinie po ich występie z 2011 roku i po występach klubowych, spodziewałem się czegoś więcej. Oczywiście trzeba im oddać, że w końcówce całość nabrała dużo większej wyrazistości i chociażby Inhaler zabrzmiało o wiele bardziej przekonująco niż My Number. Początek jednak jak dla mnie bezpłciowy, bez polotu i gorzej brzmiący niż na albumach. Co prawda momenty były, głównie pod sam koniec, jednak niesmak pozostał.
Adam Bombrych

Royal Blood (Alter Stage)

Royal Blood to moja prywatna niespodzianka dnia. Energia na małym Alter Stage dosłownie bujała parkietem i zawstydzała nawet Foalsów. Gitarowy, melodyjny łomot prowokował do nieskrępowanego skakania, a widok rozentuzjazmowanego tłumu tylko nakręcał zespół. Choć było mi dane spędzić z nimi tylko pół godziny, dobrze je zapamiętam.
Katarzyna Kowalik

Wild Beasts (Tent Stage)

Znów jak cztery lata temu frekwencja nie była za duża. Nie przeszkadzało to jednak czwórce z Kendal stworzyć wyjątkowej atmosfery. Panowie od ostatniego koncertu nabrali swobody i pewności siebie, a utwory z Present Tense na żywo wybrzmiały znakomicie (choć basy z przodu miażdżyły uszy). Zagrane w ramach przeprosin za długą nieobecność w Polsce Bed of Nails złagodziło wszelkie urazy, bo kiedy głosy dwóch wokalistów łączą się ze sobą tworzy się prawdziwa magia.
Katarzyna Kowalik

Jack White (Open’er Stage)

Król może być tylko jeden. I ten król pojawił się na Open’er Stage równo o 22. Jack White swoim występem zmiażdżył wszystkich, którzy grali przed i tych, których zagrają po nim. Co by się nie działo, tego koncertu już w tym roku nikt nie przebije. Sama nadal zbieram szczękę z podłogi, a na samo wspomnienie koncertu oczy szklą się ze szczęścia. Jack prócz swojej niesamowitej osobowości i charyzmy przywiózł także nieziemsko zdolnych i piekielnie dobrych muzyków. Na bębniarza patrzyło się z rozdziawioną gębą, bo rzadko (powiedziałabym, że ultra rzadko) widzi się perkusistę grającego w TAKI sposób. Wszyscy muzycy White’a grali niczym opętani przez diabła działając jak jeden organizm, szalejąc razem z mistrzem przy nieziemskich solówkach. Ale to Jack tego wieczoru był mistrzem i mimo demonicznych muzyków za plecami to na nim skupiała się uwaga tłumu. A tłum należał do Jacka. Zabrzmiały utwory z obu solowych płyt White’a, Blue Blood Blues z repertuaru The Dead Weather, Steady, As She Goes grupy The Raconteurs oraz sporo kawałków z repertuaru The White Stripes. Finał koncertu jednak przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – kto śledził ostatnie koncertowe poczynania Jacka wiedział, że kiedy rozpocznie się sztandarowe Seven Nation Army to będzie znak, że koncert niestety się kończy. Tu na Seven Nation Army wybuchnęła bomba! Szaleństwo jakie się rozpoczęło na tym kawałku mogłoby trwać w nieskończoność, a Jack White śpiewający do akompaniującego mu tłumu – magia! Panie White padam na kolana, biję pokłony, po tym koncercie mogę umierać. Serce mi pęka, że koncert się już skończył, ale zgodnie z obietnicą, niech Pan szybko do nas wraca!
Karolina Lewandowska

To uczucie gdy brakuje słów by opisać koncert – bezcenne. Jeśli naukowcy wciąż szukają boskiej cząstki, powinni przyjrzeć się Jackowi White’owi. Już myślałem, że pod żadnym względem tegoroczna edycja nie dorówna poprzedniej, ale jednak dorównała. Zarówno pod względem liczby publiczności w dniu wczorajszym, jak i pod względem koncertu, a tak dobrego nie było od momentu, kiedy rok temu Arctic Monkeys zeszli ze sceny. Charakterystyczny kapelusz z piórkiem, okulary, granatowa koszula, wystarczy gest i to niezgłębione spojrzenie żeby dziewczyny mdlały, a i facetów przejdzie dreszczyk emocji. Każdy z nas chciałbym więcej, każdy chciałby bisy, jednak nie możemy mieć o to pretensji, bo tracąc głos Jack i tak zagrał najlepszy koncert świata. Planety ustawiły się w jednej linii, cały świat się zatrzymał się, by zobaczyć co zrobi, a on zostawił nam najwspanialsze wspomnienia na całe życie.
Adam Bombrych

Ben Howard (Here & Now Stage)

Po maksymalnie energetycznym koncercie Jacka White’a takie uspokojenie na trawce było jak znalazł. Ben zaprezentował się z najlepszej możliwej strony i delikatnie rozbujał publikę tłumnie zebraną pod Here & Now Stage. Wydawał się byś wręcz onieśmielony tłumem fanów żwawo reagujących na każdy kolejny utwór. Bardzo przyjemny koncert.
Karolina Lewandowska

Banks (Tent Stage)

Byłem ciekaw jak wypadnie i co zaprezentuje amerykańska wokalistka. Jillian z zespołem zagrała nieco ponad półgodzinny koncert. Melodyjnie było bardzo dobrze, wokalnie już mniej. Niby nie było zgrzytów, ani pomyłek, ale trudno się dziwić skoro wokal mocno przetworzony. Następnym razem liczę, że postawi na umiarkowaną naturalność. Fajnie byłoby ocenić jej prawdziwe umiejętności.
Adam Bombrych

Młoda artystka została przyjęta z entuzjazmem przerastającym ją samą (i nieco mnie zadziwiającym). Po każdej piosence tłum pod sceną był nie do uspokojenia. Owszem, dziewczyna ma talent, na scenie porusza się jak supermodelka i kompozycje w których jej wokal łączy się z mocnym elektronicznym podkładem naprawdę dają radę. Niemniej, poza Drowning i Godess koncert zbytnio mnie nie ruszył. Porządnie, ale bez szału.
Katarzyna Kowalik

Lykke Li (Open’er Stage)

Wydawać by się mogło, że o 1 w nocy Lykke Li zaserwuje widzom koncert-kołysankę. Wyjątkowa jednak rytmiczność utworów artystki sprawiła, że od bujania przez skakanie nikt nie miał prawa stać w miejscu. Lykke ma wyjątkowy głos, a na scenie prezentowała się jak nocny motyl, czy szamanka prowadząca raźnym krokiem tłum pod sceną. Wyciągnięcie latarek i telefonów w jednym z utworów po raz koleiny okazało się być efektownym zabiegiem i zgodnie z samą wokalistką stwierdzam – to była magiczna noc.
Katarzyna Kowalik

Zakochałam się w jej nowym albumie i o tej pierwszej w nocy spodziewałam się raczej delikatnego ukołysania. Lykke Li okazała się być jednak kobietą, w której drzemią niespożyte pokłady energii. Wokalnie nie można mieć do niej żadnych zastrzeżeń, a wszystkie trzy płyty brzmią na żywo równie dobrze jak na albumach. Pewnie trochę dzięki scenografii koncert potrafił oczarować – dobre zakończenie dnia.
Karolina Lewandowska

Nie ma więcej wpisów