Open’er Festiwal dobiegł końca. Wczoraj dzień rozpoczęły z hukiem polskie, piekielnie zdolne zespoły, a zakończyły fenomenalne koncerty Daughter, Faith No More oraz Phoenix. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z czwartego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

Kaseciarz (Alter Stage)

Panowie z Krakowa godnie rozpoczęli koncerty ostatniego dnia Open’er Festiwalu. Mimo wczesnej godziny na malutkiej Alter Stage zebrał się spory tłum miłośników gitarowego grania i z pewnością nikt z tego koncertu nie wyszedł zawiedziony. Panowie grali opętani szaleństwem gitarowych riffów między którymi od czasu do czasu pojawiał się wokal, który bardziej robił za czwarty instrument. Miałam przyjemność już widzieć Kaseciarza w akcji, jednak wczoraj wstąpił w nich na scenie demon. Piękny początek dnia, kto nie był niech żałuje.
Karolina Lewandowska

Szezlong (Alter Stage)

Widziałam chłopaków z Szezlonga wiele razy w akcji (w końcu są z mojego Poznania), jednak po raz pierwszy miałam przyjemność zobaczyć ich w nowym składzie. Jakiś czas temu z kwartetu stali się trio, w którym z pierwotnego składu pozostała właściwie tylko dwójka – wokalista i bębniarz. Widać, że chłopaki podchodzą do wszystkiego ze sporym dystansem, dlatego między utworami (a nawet czasem w ich trakcie) zdarzało się im zażartować albo powygłupiać. Poza tym muzycznie wypadli bardzo na plus. Kilka utworów zostało lekko odświeżonych (zapewne z racji przetasowań w zespole), ale nadal jest to brzmienie, które wypracowali sobie od samego początku grania. Miłośnicy rockowego grania z lat 90. z pewnością się z tą trójką polubią.
Karolina Lewandowska

Domowe Melodie (Here & Now Stage)

Przymiotnik który ciśnie mi się na usta przy Domowych Melodiach to uroczy. Tłum pod sceną Here & Now, uśmiechnięci i radośni wykonawcy, nietuzinkowe teksty w prostych ale dobrych melodiach. Czego chcieć więcej na rozpoczęcie emocjonującego wieczoru?
Katarzyna Kowalik

The Horrors (Open’er Stage)

Panowie z The Horrors pokazali, że na gitarach grać umieją. Ku mojej radości koncert przebiegał w klimacie ‚Primary Colours’, szumy, przestery, szał. Ekwilibrystyka w ‚Sea within the sea’ cieszyła oczy i uszy, a całość okazała się być wbrew moim obawom całkiem spójna. Nadal jednak nie wiem, co wokalista chciał zrobić z kulą dyskotekową Faith No More.
Katarzyna Kowalik

Terrific Sunday (Alter Stage)

Kolejna perełka młodych zespołów z Poznania. Terrific Sunday zachwycili już pierwszym wpuszczonym do sieci singlem, więc ich występ na Open’er Festiwalu był tylko kwestią czasu. Chłopakom udało się zgromadzić spory tłumek fanów, którzy zaskoczyli samych muzyków, kiedy okazało się, że każdy utwór śpiewają razem z wokalistą. Widać było, że chłopcy przejęli się występem i lekkie zdenerwowanie przy pierwszych utworach najbardziej było słychać w lekko drżącym głosie Piotrka, jednak kiedy lody zostały przełamane zaczęło się absolutne szaleństwo. Widziałam chłopaków w akcji nie raz, ale na Alter Stage wycisnęli z siebie 150 procent możliwości. Zaserwowali Openerowej publice energetyczną bombę wypełnioną całą ferią dźwięków. Na szczególne uznanie jednak zasłużył sobie Artur, którego gra na perkusji absolutnie hipnotyzuje. Panowie udowodnili coś jeszcze, mianowicie okazało się, że mają niesamowitą smykałkę do pisania chwytliwych, maksymalnie przebojowych piosenek – w finale zabrzmiał kawałek stworzony zaledwie kilka dni wcześniej. Na pewno należą się im wielkie brawa za ten koncert. Chapeau bas chłopcy!
Karolina Lewandowska

Artur Rojek (Tent Stage)

Po koncercie Jacka White padały w naszych relacjach sformułowania o jego boskości, a także o tym, iż „król może być tylko jeden”. Z lekką ostrożnością, ale jednak, można by tych samych sformułowań użyć w kontekście Rojka. Polska publiczność naprawdę kocha Artura cały swoim sercem i było to widać po tym występie. Jest niczym nasze dobro narodowe. Owacje bardzo często nie pozwalały dojść mu do słowa, co wyraźnie lekko go onieśmielało. Było confetti, były chórki, były białe stroje zespołu i świecąca marynarka Rojka, a także luźne pląsy w rytm muzyki. Jednak, co najważniejsze był kawał naprawdę fenomenalnej muzyki, scenografii i bardzo częsty uśmiech na twarzy wokalisty.
Adam Bombrych

Faith No More (Open’er Stage)

Mimo, iż od koncertu Faith No More w Polsce w ramach Malta Festiwalu minęły już dwa lata, to Open’erowa scena przeobraziła się w niemalże dokładną kopię tego, co fani Mike Pattona i spółki mogli podziwiać ostatnim razem w Poznaniu. Grupa w wersji koncertowej brzmi bardzo ciężko i agresywnie, co pewnie dla tych, którzy kojarzą kalifornijczyków jedynie z kawałkiem Easy, mogło wprawić w lekkie osłupienie. Mimo lat spędzonych na graniu muzykom wciąż nie brakuje energii, a demoniczny Mike Patton nie zapomniał jak skupiać uwagę na sobie nie sięgając po żadne wyszukane sztuczki – wystarczył jego głos i charyzma, żeby cała publika pod główną sceną z miejsca została kupiona.
Karolina Lewandowska

Daughter (Tent Stage)

To właśnie takie koncerty tworzą tą niesamowicie magiczną atmosferę tego festiwalu. Kiedy na głównej scenie szaleli jeszcze panowie z Faith No More w namiocie rozgrywał się prawdziwy teatr emocji i dźwięków. Głos Eleny jeszcze wciąż wybrzmiewa mi w głowie, bo dziewczyna na żywo jest prawdziwym fenomenem. Cały ten koncert to było coś więcej niż tylko magia. Ciężko wyrazić piękno całego występu jedynie za pomocą słów. W tym wszystkim najbardziej urzekająca była nieśmiałość całej grupy, ale przede wszystkim nieśmiałość Eleny Tonry, która zdawała niemal nieświadoma czaru jaki roztacza wokół siebie. Piękny, magiczny, wzruszający i niezapomniany koncert.
Karolina Lewandowska

Daughter byli chyba bardzo zaskoczeni tak ciepłym przyjęciem, jakie zgotowała im publiczność. Przy tym wszystkim wokalistka była tak niezwykle uroczo podekscytowana i onieśmielona, że miało się ochotę wejść na scenę i ją przytulić. Momentami z trudem konstruowała zdania, a także z podziwu łapała się za głowę. Drżącym z emocji głosem przyznała nawet, że jest tak zapatrzona w to, co się dzieje przed sceną, że zapomina o tym, że ma grać. Do tego doskonały śpiew, a także wyjątkowy klimat stworzony za pomocą świateł sprawił, że z przyjemnością słuchało się i patrzyło na to, co dzieje się na scenie.
Adam Bombrych

Dla takich koncertów scena namiotowa jest stworzona. Zamknięta przestrzeń dała poczucie intymności, a bardziej i mniej delikatne dźwięki wydawane przez zespół rozchodziły się idealnie. Wokal liderki zespołu w mgnieniu oka zaczarował zebranych ludzi. Punkt kulminacyjny w postaci wyśpiewanego przez tłum Youth wywołał u mnie ciarki, a wzruszył i zadziwił samych artystów. Piękno kontaktu fan – wykonawca w czystej postaci.
Katarzyna Kowalik

Bastille (Here & Now Stage)

Panowie mają już w naszym kraju pokaźną grupę fanów i to było widać na Open’er Festiwalu. Dan Smith wydawał się być wręcz nieco onieśmielony zarówno ilością ludzi jaka zebrała się pod Here & Now Stage, jak i ich żywiołowymi reakcjami na jego niemalże każdy, nawet najmniejszy gest. Największe hity zespołu poderwały z pozycji siedząco-leżącej nawet najbardziej zmęczonych festiwalowiczów. Miłym akcentem było wspólnie odśpiewane Happy Birthday dla Chrisa ‚Woody’ Wood’yego, perkusisty grupy, który równo z wybiciem północy zaczął świętować swoje urodziny.
Karolina Lewandowska

Phoenix (Open’er Stage)

Phoenix byli moim głównym motywatorem 600-kilometrowej podrózy do Gdyni. Panowie dopiero przy okazji Bankrupt! pojawili się w naszym kraju, stąd oczekiwania miałam ogromne. Mogę jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić że zostały one spełnione. Panowie poprowadzili tłum do szalonej finałowej zabawy, a ja stałam pod scena urzeczona niczym dziewczęta z teledysku do utworu Chloroform. W nieco ponad godzinnym (za krótkim!) zestawie pojawiły się utwory z najnowszej płyty jak i świetnego Wolfgang Amadeus Phoenix (1901!) Thomas Mars dosłownie dał się ponieść tłumowi z mikrofonem w zębach, a cała czwórka profesjonalnie zawróciła fanom w głowach. Tak własnie, radośnie i tanecznie, powinny wyglądać koncerty zamykające scenę główną. Parafrazując tytuł jednej z piosenek grupy, I have never felt better!
Katarzyna Kowalik

To było godne zakończenie Open’era. Muzycznie występ ten zapewnie nie utkwi mi w pamięci dłużej niż Jack White czy Darkside, ale nie to wczoraj stanowiło o sile zespołu. To co najmocniejsze i w czym był największy urok Phoenix to doskonały kontakt z publicznością. Cały zespół, a w szczególności wokalista Thomas Mars to bardzo pozytywni ludzie. Przyznali, że trochę obawiali się zamykania festiwalu, ponieważ rozumieją zmęczenie, ale mimo to udało im się wskrzesić w publiczności jeszcze resztki energii do skakania i tańczenia przy Lisztomania, Entertainment czy 1901. Mimo skromnej liczby fanów bawiła się większość, a zespół czerpał z tego widoczną na twarzach radość i satysfakcję. Bardzo pozytywnym akcentem było to, co działo się nam sam koniec. Thomas wskoczył w publiczność, nurkował na fali, a także stanął uniesiony na rękach publiczności dziękując przy tym setki razy każdemu z osobna.
Adam Bombrych

Nie ma więcej wpisów