Bez bicia mogę przyznać się, że do koncertu nie miałem zielonego pojęcia o istnieniu Lord & The Liar. Pomysł połączenia występu z projekcją filmu Las Vegas Parano wydawał się interesujący. Wybierając się 11 lipca do warszawskich Wypieków Kultury moim obowiązkiem było orientować się co i jak grają. Przeczytałem różne krótsze i dłuższe artykuły, wywiady z wokalistą Pawłem Swiernalisem. Szybko okazało się, że jednoznaczne i definitywne sklasyfikowanie gatunku, jaki prezentuje powstały w kamienicach poznańskiego Starego Miasta projekt będzie niemożliwe. Sami siebie przedstawiają jako połączenie jazzu, bluesa, alternatywy. Dla mnie doskonałym zobrazowaniem tej muzyki byłoby porównanie jej do wąchania perfum. Najpierw nuta głowy – pierwsze skojarzenie – Nick Cave. Z czasem znalazłem podobieństwo do Tindersticks, by na końcu poczuć nutę bazy, podstawową inspirację – Toma Waits’a.

Długa podróż na drugą stronę Wisły, deszczowy dzień, a także jak zawsze inspirujące przemierzanie praskich ulic zdawały się idealnie wprowadzać w klimat tej twórczości. Ponure bramy starych kamienic, wąskie uliczki, połączenie elegancji i brudu zarazem determinuje brzmienie Pana i Kłamcy. Do tego w pewnym momencie w tramwaju rozbrzmiał puszczony z telefonu kawałek o wdzięcznym refrenie „I love you like a love song, baby”. Od razu przypomniałem sobie słowa Pawła w wywiadzie dla portalu „Made in Poznań”, iż współczesny pop bardzo często jest kiepski, a muzyka Lord & The Liar stoi w opozycji do tego.

Gdy dotarłem do Wypieków pod drzwiami klubu na swoich gości czekali już Wojtek, Michał i Kuba z zespołu, a także menadżerka Paulina. Korzystając z faktu, iż do koncertu było jeszcze grubo ponad godzinę postanowiłem porozmawiać. Szybko okazało się, że są to bardzo otwarci ludzie, dlatego bez problemu poruszyliśmy różne około muzyczne tematy. Dowiedziałem się, iż za wszystkim stoi muzyczna wizja Pawła Swiernalisa. To on o wszystkim decyduje, wszystkie kompozycje i teksty pochodzą z jego głowy.

Być może konkurencyjne imprezy, które tego wieczora miały miejsce w Warszawie, ponura pogoda lub sezon ogórkowy spowodował, że na koncert przyszła mała liczba osób. Jednakże nie wpłynęło to w mojej opinii na jakość wydarzenia. Czwórka muzyków z Pawłem na czele wyszła niedługo po supporcie Signal To Noise Radio. Klimat wnętrza starej piekarni, surowe ściany, zapalone świeczki, zadymiona scena, Las Vegas Parano wyświetlone na ścianie, a także bar w rogu, przy którym od czasu do czasu ktoś zamawiał piwo. Zdawało się, że ta muzyka została stworzona do tego typu miejsc. Nocny klimat, bary, życie po zmroku to jest to, co Paweł lubi najbardziej i perfekcyjnie komponowało się to z onirycznymi brzmieniami takich utworów jak Trent Road czy God Of Night. Oszczędna, prosta melodia, tekst piosenki oraz wokal wprowadziły odrobinę magii, tajemniczości i ekscytującego dreszczyku niepokoju. Słuchając tej muzyki nie sposób nie wyobrażać sobie niebezpiecznych spacerów po zmroku ciemnymi i starymi uliczkami, na których jedyną żywą duszą może być „dżentelmen” zapijający alkoholem smutki.

Następnego dnia wyruszyli by zagrać na Suwałki Blues Festival i walczyć o większą popularność, która bez wątpienia im się należy. Duża część kolejnych młodych zespołów i świeżych wykonawców powiela oklepane schematy i mimo iż ich lubimy, to bez problemu można podać ich zagraniczny odpowiednik. Paweł Swiernalis to człowiek, który ma charyzmę, swoją wizję i wyjątkowe brzmienie. Tak jak wspomniałem wcześniej, trudno wskazać konkretny styl, konkretnego wykonawcę, którego przypomina. To oryginalna mieszanka tego, co widział, słyszał i przeżył. Trzeba im życzyć wszystkiego dobrego, ale nie będzie łatwo. Lord & The Liar nie jest projektem, który z łatwością dotrze do dużej grupy słuchaczy, nie jest też czymś, do czego łatwo złapać rytm i bez problemu tupać nogą. Mimo to jestem przekonany, że znajdzie się grono wiernych koneserów tego typu brzmień, a może nawet podobnych trunków, ludzi którzy w choć małym stopniu rozpoznają w Swiernalisie bratnią duszę

Nie ma więcej wpisów